:: agrest.ownlog.com

[170] oto w czym stęk


Link 01.01.2012 :: 19:31 Komentuj (2)


Nie jest tak źle, żeby ktokolwiek rozumny uznał moje potencjalne stękanie za zasadne. Stękając teraz bezskutecznie prosiłbym o to, co dostałbym bez stękania, w czasie gdy akurat byłoby zasadne. Pogarszać swojej sytuacji nie zamierzam, także zostało tylko nie stękać, wziąć głęboki oddech i zrobić w tym nowym roku to, co wiem że trzeba zrobić. A jeśli chodzi o odrobinę empatii... obejdę się smakiem.

Po cięższych albumach Opeth, pełnych piekielnego ognia, teraz mocno trzyma "Damnation". Obawiam się, że nigdy nie nagram nic tak dobrego. Obawiam się, że nawet nie spróbuję.


[171] bez Nietzschego (i nie chodzi o kwiatek)


Link 03.01.2012 :: 21:10 Komentuj (1)


Prawie wszystko już mam. Granatowy koszyk jest wypełniony zakupami do poziomu menisku wypukłego. Pozostało mi tylko odnaleźć krojone pomidory w puszce. Tylko gdzie mam ich szukać? Może na stoisku warzywnym? Nie-e, kretynem nie jestem. Tam są tylko świeże warzywa, bez puszek. Poza tym pomidor to przecież owoc, nieprawdaż? Skoro tak, to czemu pomidorów w puszcze nie ma pod tablicą na której widnieje napis "owoce w puszkach". "Bo nie każdy jest bo biol-chemie jak Ty bucu" - dla normalnych ludzi pomidor to najsampierw warzywo.

Desperacko szukając tablicy "warzywa w puszkach", której wiem przecież, że nie ma, trafiam pod półki oznaczone "dania gotowe". O! Są tu pomidory w puszkach! Ale nie ma takich "łysych", bez niczego. Są za to z czosnkiem, z bazylią, z czymżetym. Pełen niegasnącej nadziei szukam krojonych pomidorów bez niczego. Nie ma. (Swoją drogą - pomidory w puszce z bazylią... no doprawdy zajebiste danie gotowe.)

Zrezygnowany podchodzę pod "konserwy". Moim oczom ukazuje się wypiętrzająca się przede mną jak tsunami ściana puszek z pomidorami bez niczego. Mam, mam! Indyczo-paprykowo-pomidorowe spaghetti coraz bliżej.



[172]


Link 07.01.2012 :: 17:08 Komentuj (2)


Tyle lat męczyłem się ze złą regulacją głośności w moich głośnikach, podczas której przerywało mi jeden albo drugi kanał, albo wręcz cichło zupełnie. Dzisiaj rozwiązałem ten problem w 15 minut, rozkręcając potencjometr i czyszcząc go w miarę dokładnie. Nie ogarniam swojej głupoty - jak można było tak się katować, tylko dlatego, że nie chciało mi się poświęcić 15 minut na wyczyszczenie tej pierdoły.

Graja teraz jak nowe, co od razu wykorzystałem puszczając sobie Opeth (a jakże!). Solówka w "Windowpane" zdobyła moje najwyższe uznanie, a najbardziej sekunda w której jedna nuta faluje spokojnie na tle akompaniamentu. "Master's Apprentices" z albumu "Deliverance" razi piekielnym death metalem, aby potem przejsćw niebiańskie akustyczne brzmienia, a pod koniec... zmrozić genialnym breakdownem, galopującą perkusją i gitarą prowadzącą która tnie powietrze. Ah, jak to dobrze, że nie zraziłem się nigdy do piekielnych brzmień!

Chcę nagrać cos ckliwego, ale póki co muszę się przyłożyć do nauki na egzamin z neurologii... Takie życie.



[173]


Link 12.01.2012 :: 22:18 Komentuj (5)


Uszczęśliwiłem się dzisiaj dobrym obiadem i równie dobrym winem. Vespral Terra Alta Reserva 2007, za jedyne 13zł w Lidlu. 2006 Gran Reserva nie było, ale piłem i chyba jest lepsze. Dupa ze mnie, a nie sommelier, a w najlepszym przypadku dyskontowy koneser. Pewnie nie odróżniłbym Chianti od Bordeaux, ale odróżniam dobre od niedobrego i to jest już coś. W każdym razie Vespral dobra marka i nic nie szkodzi, że moja babcia jak widzi to wino na niedzielnym stole to mówi "o znowu to wino Esperal kupiłeś". Dowcipna babka z tej babki.

Po tym co widziałem dzisiaj na pediatrii po raz kolejny dotarło do mnie ile szczęścia mam w życiu, że jestem zdrowy i mam wszelkie możliwości aby radzić sobie z i tak mizernymi przeciwnościami losu. Psycholodzy podobno stwierdzili, że czujemy się szczęśliwsi wtedy, gdy mamy lepiej od ludzi na około nas. To by wyjaśniało dlaczego w Polsce ludzie sobie tak złorzeczą (złożyczą?). Po prostu desperacko chcą osiągnąć szczęście. (Chociaż tak prawdę mówiąc, z tym złorzeczeniem Polaków to chyba przesada. No ale stereotypy też po coś są. Chyba.)

Dzisiaj zebrało mi się dodatkowo na wspominki muzyczne. Odkurzyłem parę kapel, które stanowiły tło dla moich perypetii w gimnazjum. Linkin Park dziś brzmi słabo, Limp Bizkit też słabo, System of a Down naprawdę daje radę. "Issues" KoRn'a też trzyma poziom, pomimo tego że w zasadzie do tej muzy wypadałoby ćpać heroinę i spuszczać sobie krew z żył. Byłoby kompletnie, ale ja nie zamierzam.


P.S. No to jedziemy z KoRn'em: "I neeeed somebooooody, someeeoneeee! / Can't somebody help me? / All I need is to be / loved just for me" Oh jaką moc kiedyś miały te wersy.


[174]


Link 16.01.2012 :: 19:00 Komentuj (1)


Pomimo ogólnie fatalnych warunków drogowych, ciężko czasem odmówić zimie odrobiny uroku. Gdy ciemność już zapadła, szpital pediatryczny świecił spod częściowo stopionego śniegu, ociekającego na modłę zasmarkanego dzieciaka ...no dobra, zagalopowałem się z tym porównaniem.

Drzwi wejściowe na polecenie wszechmocnej fotokomórki rozsuwają się, dając mi kolejną okazję do wkręcenia sobie, że "tak, mój drogi, jesteś wybrańcem Mocy, już niedługo będziesz Jedi, a takie drzwi to dla Ciebie pestka". Opuszczone półko-szybo-niewiadomoco normalnie wypełnione obwarzankami, pozbawione swego pana/pani świeci pustką. Dlaczego w szpitalach sprzedają obwarzanki? Ligota CSK - obwarzanki. Centrum Zdrowia Dziecka - obwarzanki. Górnośląskie Centrum Medyczne - obwarzanki. Dlaczego nie rurki z kremem? To Ci tajemnica.

Na odziale kardiologii pełno skrzatów i krasnoludów, piski i takie tam. Pediatryczne oddziały są fajniejsze, gdy jest głośniej. Są piętra gdzie jest ciszej i ciężko powiedzieć, że to lepiej. Znalazłem panią doktor, odbębniłem formalnosć jaką było zaliczenie nieobecności na bloku zajęciowym, pogadaliśmy o dodatkowych drogach przewodzenia, ablacjach i innych ultraciekawych tematach, po czym powróciłem do domu.

Teraz muszę zebrać dupę do Bezdomki po jedzenie, bo inaczej jutro będę opieprzał znowu same jajka. Ja się tam cholesterolu nie boje, ale przydałby sięjakiś kawał kury, albo najlepiej woła. Tylko, że troche mi się nie chce.

Wół mnie woła do Biedronki. Wieprz pieprzony jeden, kurczę pieczone.

[175]


Link 25.01.2012 :: 15:37 Komentuj (2)


Opeth wciąż trzyma. Do zapoznania się z całą dyskografią pozostało mi wysłuchać jeszcze dwa albumy. Ciekawe jest to, jak równe są wszystkie ich nagrania. Zero słabej formy. Ciekawe czemu to zawdzięczają? W przerwach między jednym a drugim albumem Szwedów, poleciała składanka hiciorów Toto. Dotyczas kojarzyłem Toto jedynie z trzema kawałkami - "Rosanna", "Africa" no i oczywiście "Hold The Line". Teraz będę kojarzył ich jeszcze z "Supply The Love", który jest zaczadzisty i może nawet z "Endless" który ma fajne intro. Przesłuchałem sobie też nowe Trivium i jest w pompeczkę. Fajnie jak ryczane słowa "in waves" brzmią jak "eat rice" mehehe. Ale Trivium trzyma poziom. I dzięki nim naszła mnie pewna refleksja.

Z europejskim metalem i amerykańskim jest trochę jak z żarciem. Opeth jest jak przyrządzona starannie dziczyzna, popijana lokalnym winem. Trivium jest jak spasiony cheeseburger, popijany colą. Jedno i drugie niebo w gębie, ale w swoim czasie i o odpowiedniej porze. A to, że ja akurat wolałbym częściej dziczyznę, to już indywidualna sprawa.

Z zapisków Buca Winnego: Gato Negro Merlot przyzwoite. Bez szczególnego zachwytu, ale naprawdę ok. W aromacie czuję nutkę kociego moczu, co nie znaczy że to skreśla wino - wszak sola dosis venenum facit. Ciekawe, czy gdyby nie nazwa wina, wyczułbym to samo.

Obejrzałem też ostatnio jakiegoś eksperta, jak beształ Carlo Rossi, zarówno białe jak i czerwone. Piłem raz i faktycznie było jakieś takie jak soczek, ale ja bym powiedział, że spoko. Ale nie jestem takim ekspertem - na szczęście. Bo poczułem nutkę bucpropanu i bullshitolu.

P.S. Przeczytane w internecie:
"Food and Wine pairing can be like sex and pizza: even when it's bad, it can still be pretty good"

[176]


Link 05.02.2012 :: 12:06 Komentuj (2)


Czajnik elektryczny nam się popsuł. Odkopaliśmy więc "bezprzewodowy" odpowiednik. Dzisiaj rano, uwolniony od mroków kuchennej szafki, blaszany czajnik radośnie gwizdnął wstrzeliwując się idealnie w harmonię do solówki lecącego nieopodal "Nothing Else Matters". Mała rzecz, a cieszy.

Gdy wychodzę z domu para wodna zamarza mi na wąsach - tak jest zimno. Mimo to jakiś heros wczoraj o 18 na Ligocie biegał w getrach w koło osiedla. Mnie biegania na razie nie trzeba, na razie wystarczy nasza domowa siłka.

We wtorek egzamin z neurologii, a ja jestem niepokojąco spokojny.

[177]


Link 07.02.2012 :: 21:44 Komentuj (2)


Obejrzałem dzisiaj film "127 Hours", nakręcony na podstawie prawdziwej historii gościa który utkwił w kanionie, bo głaz przygniótł mu rękę. Nie wiem jak to brzmi, ale wiem że film pozostawił mnie rozłożonym na łopatkach i ciągle się zbieram. Oglądając popijałem sobie kawę i przysięgam, że smakowała dziesięć razy lepiej niż zazwyczaj. Poza tym każdy rodzic powinien puścić ten film swojemu dziecku (gdy już będzie w stanie pewne rzeczy zrozumieć...), gdy to narzeka na rodzicielską "inwigilację", która niezawsze nią bywa. (Tu biję się w pierś).

Egzamin z neurologii zabity. Tzn. nie ma jeszcze wyników testu, ale jak się wie to się wie. Dziwnym zbiegiem okoliczności kumpel wylądował na odziale neurologii - mniejsza z czym. Dowiedziałem się o tym od innego kumpla w knajpie, który stwierdził, że "szukają mu tętniaka". Troszkę się zmartwiłem, bo zwykle tętniak śródmózgowy objawia się najpierw tym, że pęka i leje do czachy. Okazało się, że nie - nie szukają mu tętniaka, ale to brzmi mądrze więc tak mówi. Wybaczam, pewnie sam też pociskam pierdoły na wielu polach.

Neurologia jest piękna, chociaż nie cała. Gdyby tak wydrzeć z psychiatrii to co najbardziej neurologiczne, a z neurologii to co najbardziej psychiatryczne i opatulić to w komfort pracy radiologa, to byłaby to idealna specjalizacja dla mnie. Na szczęście jest coś takiego jak neuroradiologia i to jest prawie to o czym mówię, i to może być strzał w dziesiątkę.

Na dworze -10, można wreszcie chodzić w rozpiętej kurtce i bez czapki.

[178]


Link 10.02.2012 :: 13:11 Komentuj (2)


Sąsiedzi mają prawo nas znienawidzić po wczorajszym. Dzisiaj jednak będę dwa razy cichszy niż zwykle, bo dzisiaj jest jeden z tych dni, gdy zamieniam się w gąbkę morską. Wikipedia pisze iż:

"Gąbki (Porifera) – typ prymitywnych, beztkankowych zwierząt wyłącznie wodnych (najczęściej morskich), osiadłych, zwykle kolonijnych, o nieregularnym i najczęściej zmiennym kształcie, charakteryzującym się brakiem symetrii. "

No i wszystko się zgadza. Dzisiaj jestem prymitywną, osiadłą istotą. Mam wybitną predylekcję do wody. Moje odbicie w ekranie laptopa za cholerę nie zdradza objawów symetrii. Zgadza się, może oprócz tych tkanek, bo trochę ich posiadam. Jakkolwiek nerwową jakby coraz mniej.

[179]


Link 13.02.2012 :: 17:24 Komentuj (4)


Opeth w trasie. Wiem o tym od jakiegoś czasu, ale z powodów finansowych darowałem sobie kolejny koncert. Troche lżej mi było też dlatego, że setlisty wskazywały na bardzo stonowane występy, bez cięższych akcentów. A ja na koncert Opeth bez "pierdolnięcia" nie zapłacę i już. No i oczywiscie kapela w lutym zaczęła grać m. in. "Deliverance" jako encore. No żesz kurde! Miło by było usłyszeć to niedorzecznie długie, soczyste i smakowite outro do tego kawałka na żywo. Trudno.

Coraz łatwiej rezygnuję z przyjemności i coraz trudniej jest mi dostrzegać sens w kupowaniu pewnych rzeczy. A może jednak lepiej byłoby wymienić bezwartościowe pieniądze na coś co jednak ma pewną wartość. Nawet jeśli ma leżeć nieużywane - w końcu pieniądze też leżą nieużywane, a jak się je jużużyje to się okazuje że są jednorazowe. Hmm, chyba jednak rozsądnie jest wymienić pieniądze na coś bardziej trwałego.

Mózg mi się gotuje, muszę się zabarać za coś sensownego, bo to feryjne lenistwo i "pijaństwo" mnie rozkłada od wewnątrz.

Ah, jeszcze jedno. Nie byłem nigdy fanem białych win, ale myślę że jak latem znowu dorwę odpowiednio schłodzone Gato Negro Chardonnay, to wyliżę butelkę od środka. Dobre, lepsze niż GN Merlot nawet, jeśli można białe z czerwonym porównywać.

[poligon literacki - "Łąka Frajerów"]


Link 16.02.2012 :: 00:57 Komentuj (0)


  Oto jesteśmy. Stoimy na szczycie ogromnego wzgórza, z którego widać całe Cmentarzysko Spokojnych. Dlaczego ktoś nazwał tak te stepy? Ojciec mówił mi, że bitwy staczano tu od zawsze i było ich tyle co blizn na ciele mojego dziada (a wolne od nich było chyba tylko jedno oko), ale jedna bitwa była szczególna.
  Lat temu... zbyt wiele, żeby chciało mi się teraz liczyć, a w każdym razie na tyle dawno temu, że dziad mój był jeszcze zwykłym piechurem, nasze królestwo postanowiło zająć żyzne tereny na wschodzie. Ziemie te były domem dla przedziwnych plemion, których głównym zajęciem było siedzenie pod niebem i gapienie się w nicość. Nic nie wiadomo było o ich zdolnościach do walki, nikt nie widział pośród nich nikogo kto pełniłby funkcję płatnerza, w ogóle wyglądali jak gdyby jedli tylko pół miski ziaren dziennie, co chyba z resztą faktycznie miało miejsce. 
  Królestwo chciało objąć ich ziemie w posiadanie, więc starym zwyczajem posłali delegację, która łaskawie miała im oznajmić zamiary Królestwa wobec ich ślicznych przestrzeni, oraz ustalić termin walki. Przynajmniej od stu lat walki odbywały się na ziemi w głębi lądu - tej szczególnej ziemi która miała potem uzyskać swoją ponurą nazwę. 
  Delegacja musiała zmierzyć się z faktem, iż wschodnie plemiona nie posiadały żadnych struktur władzy. Stanęło na tym, że przemierzając wioski, po prostu ogłaszali wszem i wobec wszystkim napotkanym, że będzie bitwa i jeśli nie chcą masakry na swojej ziemi, powinni wysłać "reprezentację" na wskazane ziemie.  Liczyli na to, że wieść rozniesie się po wioskach jak gorączka krwotoczna. Jak miało okazać się później, raczej się udało.
  W dzień bitwy wojska Królestwa stanęły na wzgórzu, na tym samym na którym ja stoję teraz, a to co zobaczyli, było raczej intrygujące. Horyzont nadziany był ludźmi ze wschodnich wiosek. Byli wszyscy - mężczyźni, kobiety, dzieci, niscy, wysocy, potężni i wątli. Prastare zasady mówiły, że nikt nie może podlegać szczególnym wzgledom jeśli wejdzie na ustalony teren bitwy. Sytuacja była tym dziwniejsza, że nikt ze "wschodniaków" nie posiadał broni. Po co więc przyszli? Mogli się nie fatygować - jeśli na umówionej bitwie nikt się nie pojawi, wtedy przeciwnik z reguły wjeżdża na tereny, które chce podbić i robi tam co mu się żywnie podoba - chociaż raczej nie zdarzało się aby mordowano kobiety i dzieci, czy starców. A tak walka musi trwać do ostatniej krwi przeciwnika i nie ma zmiłowania.
  Wojska Królestwa były wtedy troche zdezorientowane. Dowódca przez dobrych parę chwil szukał jakiegoś wytłumaczenia, jakiegoś podstępu. Sokół, szef zwiadowców słynący z... sokolego wzroku zapewniał, że nic nie wskazuje na podstęp. Po chwili padł rozkaz, Królestwo przystąpiło do ataku. 

 Wojownicy gwałtownie wlali się pomiędzy wschodniaków jak lawina w las, wydając z siebie nieludzki okrzyk. Okrzyk ustąpił jednak szybko miejsca ciszy. Przeciwnicy siedzieli nieruchomo, niektórzy klęczeli, ze wzrokiem wtopionym w bezkres. Dziadek mówił, że podobnie jak inni wojownicy przez chwilę chodził zdziwiony pośród tłumu, wystawioną dłonią dotykając włosów klęczących. Przystanął przy kobiecie o ognistych włosach. Nagle gdzieś w środku tłumu ktoś krzyknął "teraz!" Zielone oczy dziewczyny wlepiły się w oczy dziadka, a ten poczuł w nich lód i ogień zarazem. Cofnął się, ale daleko nie uszedł bo dowódca wyraźnie zniecierpliwiony wyryczał: "Rżnąć, miejmy to za sobą". Dziadek do dziś wspomina krew w ognistych włosach, znikającą tak jak znika biały zając na tle styczniowych śniegów. 
  Nikt z przeciwników Królestwa nawet się nie ruszył, nawet nie pisnął. Wojownicy maszerowali przez tłum, tnąc tak, jakby torowali sobie drogę przez puszczę. Łąki wypełniał metaliczny dźwięk oręża i mokre śpiewy chlustających ciał. Po kilku chwilach było po wszystkim.

   Od tego czasu te łąki noszą nazwę Cmentarzyska Spokojnych. Chociaż młodzi mieli swoją nazwę - "Łąka Frajerów" - za używanie której można było od kogokolwiek ze starszyzny dostać otwartą dłonią po twarzy. 

  No i dziś stoimy na wzgórzu z widokiem na Łąkę Frajerów. Czekamy już długo, a z każdą chwilą zbliża sie zachód Słońca. Po zachodzie nie pozostanie nic innego jak wyprawić się do naszych adwersarzy i ukatrupić ich na miejscu. A szkoda by było, w końcu taka "ustawka" to o wiele bardziej cywilizowana forma rozwiązywania konfliktów. 
  Ciszę mącił jedynie wiatr i chrzęst ocierających się o siebie elementów zbroi. Psy, których zawsze mamy ze sobą kilka, nie szczekały. Bardzo dobrze, bo szczekać powinny dopiero wtedy gdy poczują wroga - taka, poza przegryzaniem tetnic, była ich naczelna funkcja. Przed nami wciaż nie było widać nikogo. Ciszę mącił wiatr, przyjemnie wiał nam prosto w twarz... no właśnie. W twarz.



[180]


Link 17.02.2012 :: 23:49 Komentuj (3)


Byłem na recitalu dyplomowym znajomej pianistki. No i oczywiście myślałem jakby to było, gdybym jednak trafił do szkoły muzycznej za młodu. Prawda taka, że nie wiadomo jakby było. Nie szkodzi. Z gitarowania jeszcze nie jedno wycisnę, tak coś czuję, z medycyna może przynajmniej da mi zarobić na sprzęt, miejsce do grania i bilety na koncerciwa pełne inspiracji.

Ale takiego zapieprzania po klawiszach to ja zazdroszczę! Gitara niestety trochę mniej spektakularna jako solowy instrument... chyba, ze się jest Tommym Emmanuelem - no ale ilu takich gitarzystów jest na świecie?

Przywiozłem "interfejsa" do wiosła do pustynnej bazy. Na Ligocie posługuje się jedynie netbookiem, a niestety robienie muzyki z jego pomoca to pomyłka. Świetny sprzęt, ale do takich cyrków trzeba mieć kawałek ekranu, procesora i jakiś odsłuch (za który służy mi na razie piec gitarowy). 

"Na razie" osobno, prawda? Tak jak "na zawsze"? Tak mi ktos kiedyś powiedział i uparcie w tym trwam.



[181]


Link 23.02.2012 :: 17:28 Komentuj (1)


Słucham sobie Paula McCartney'a z Wings "Let Me Roll It" i brzmi dziwnie znajomo. Cover? Niemożliwe. Było na jakiejś płycie Beatlesów? Nie. Nagle mózg wyjaśnił sobie sam, gdy automatycznie zacząłem podśpiewywać.

"moje serce jest jak pies... nakarm jeeeee!"

Jutro na mieszkaniu zrobi się religijnie. Zagości wśród nas bowiem ławeczka pod sztangę... z modlitewnikiem.



[182]


Link 27.02.2012 :: 21:10 Komentuj (3)


Ogoliłem się i teraz wyglądam jakoś 10 lat młodziej. Co daje jakieś 15 lat. To znaczy niedobrze. Całe szczęście prościej mieć zarost, niż golić go codziennie. Komentarze: "wyglądasz jak dziecko", "zapuść brodę, bo nie moge sięprzyzwyczaić", "dziwnie wyglądasz", wyglądasz jak jakaś jaszczurka" (JASZCZURKA?!), :nareszcie wyglądasz na zadbanego" (to ostatnie to babcia. zawsze coś).

Rozmowa z kumplem dzisiaj:
- Ej, nie zauważył mnie. Byłem niewidzialny jak ninja!
- Jasne. Byłeś najbardziej niewidzialną osobą jaką ostatnio widziałem.



[183]


Link 06.03.2012 :: 08:21 Komentuj (5)


Są takie dni w życiu faceta, że musi posprzątać kuchnię. Ambicje biorą górę i nie poprzestaje jedynie na czyszczeniu zwykle dostępnych powierzchni, lecz czyni niedostępne dostępnymi. Za szafkami bakterie wynalazły już koło. Nad meblościanką urządziliśmy rzeź napalmem mleczka do czyszczenia. Smells like... victory. 

Teraz mamy większy burdel w pokoju i wypadałoby spać w kuchni.

Godny odnotowania jest też fakt, że nigdy w życiu nie ważyłem tyle ile ważę teraz. Przybieram średnio kilogram na miesiąc. Żeby ta masa przekładała się jeszcze na ściąganie z orbity pewnych ciał w moją stronę... Bo pływy zaczynają mną szarpać. Wszak wiosna idzie.


P.S. Kilka godzin po napisaniu powyższego, spotkałem kogoś, kogo spotkać chciałem od lat paru. kogoś kogo wypatrywałem z okien autobusów, przejeżdżając przez okolice w których zwykliśmy bywać jednocześnie w jednym miejscu. Nie wiem, czy to masa ściągać zaczyna ciała z orbity, czy już po prostu zamieniam się w pulsar i rozpaczliwie wysyłam sygnały w odległą przestrzeń, z nadzieją że ktoś je odbierze. Muszę uważać, bo jeszcze trochę i jedyną rzeczą, którą będę wysyłał będzie promieniowanie Hawkinga.



[184]


Link 13.03.2012 :: 13:51 Komentuj (3)


Trzeci raz podchodzę do pisania notki. Nic istotnego się nie stało od ostatniej. To jest notka o tym niczym.



[185] Agrest przedstawia: Współlokator i działania na zbiorach


Link 15.03.2012 :: 21:08 Komentuj (5)


Mój "roommate" jest bardzo skomplikowaną osobowością, a pośród wielu cech wyróżnia się m. in. to, że jest zdecydowanie bardziej ode mnie bezpruderyjny.

Ja -  (mówię coś, nieistotne co)
On - I co z tego?
Ja (głupkowato parodiując ckliwe sceny z oper mydlanych) - Chciałem podzielić się z Tobą tym co dla mnie ważne! A Ty zwyczajnie mnie ignorujesz...
On - Tym co dla Ciebie ważne? To dziewczyną też byś się ze mną podzielił?
Ja - Obawiam się, że mamy różne "typy". Nie wiem czy byłby jakiś overlap...
On - Myślę, że tym overlapem są cycki.

I tak okazało się, że mój zbiór zawiera się w jego zbiorze.



[186]


Link 19.03.2012 :: 15:47 Komentuj (3)


Przypominam sobie punkową (ściślej: melodic-hardcore'ową) kapelę Ignite. To muza z tych muz, które krzyczą że jest jeszcze o co walczyć, że są jakieś ideały, nadzieja na lepsze jutro, coś więcej niż tylko rozkład, cynizm i przeciętniawka. Podziwiam, że można coś tak szczerze napisać i z gardła wydobyć. Takie "Poverty for all" wyśpiewane przez wokalistę węgierskiego pochodzenia niewątpliwie ma swoją moc.

Cheeseburgery w Mac'u podrożały. Świat umiera, cywilizacja upada, miażdżyca drży ze strachu.



[187]


Link 29.03.2012 :: 22:54 Komentuj (2)


Jak na blogującego studenta medycyny jakoś mało piszę o studiach. Moi koledzy po "fachu" sprzedają detale z zajęć, ciekawe sytuacje, anegdotki... a ja nie. Czyżbym nie był zafascynowany swoimi studiami? No właśnie... To coś skrobnę dzisiaj, tak w drodze wyjątku.

Na każdych zajęciach z Chorób zakaźnych badamy kogoś z HIV. Używamy rękawiczek, dezynfekujemy ręce, ale nie ma żadnej paniki. Nikt nie wraca do domu przeświadczony, że jest pokryty całym syfem świata i musi się koniecznie opryskać Octaniseptem oraz spalić ubrania. Albo przynajmniej nikt o tym otwarcie nie mówi. 

Dzisiaj natomiast były zajęcia na neonatologii. Macaliśmy ciemiączka, osłuchiwaliśmy szmery u chorych "gigantów". Co ciekawe wygląda na to, że bardziej boimy się dotykać noworodki niż pacjentów z HIV. Tłumaczę sobie to tym, że nie boimy się o siebie, ale raczej o to, że uszkodzimy pacjenta - a jak wiadomo noworodka uszkodzić nietrudno. Poza tym, po hipochondrii trzeciego roku, nadszedł etap racjonalnego myślenia. HIV jest groźny, ale zarazić się nie jest tak znowu strasznie łatwo. 

Natomiast ciekawe jest to jakich ludzi się spotyka na takim oddziale zakaźnym. Człowiek zdaje sobie sprawę, że te wszystkie historie o heroinie, miłości w przeróżnych konfiguracjach i innych sensacjach, to nie bajki. To wszystko tuż obok nas. Być może sąsiad, sąsiadka, listonosz... być może ja, być może Ty.


P.S. Mogwai - "San Pedro". Takie proste, a takie zasiepiste. Zagrane bez szukania na siłę. Niby stare patenty, ale soczyste i jędrne jakby prosto z drzewa.



[188]


Link 10.04.2012 :: 19:33 Komentuj (2)


Nurkuję w świecie diagnostyki obrazowej. Dziwny świat, w którym cienie są jasne, a przejaśnienia ciemne. Prawo nadzyczaj często jest "lewem", a pacjent z tomografu wyjeżdża nogami do przodu, ale o dziwo żywy. Chociaż czasem ledwo żywy.

"Wiosna już dorosła, naboje ma w kieszeniach", ale ja jestem chyba kuloodporny. Chociaż nie do końca - zakochałem się w Charlize Theron, ale jej nie powiem, bo zbytnio boje się odtrącenia. Poza tym nie mam czasu na romanse - sesja letnia wygląda tak, jak tory przeszkód w tych śmiesznych japońskich teleturniejach. Farmakologia kliniczna, choroby zakaźne, medycyna ratunkowa, radiologia, interna... Masakra. 

Muszę się zatroszczyć o sprawy sercowe - wracam do diagnostyki radiologicznej patologii serca i dużych naczyń. Ahoj przygodo.



[189]


Link 15.04.2012 :: 22:38 Komentuj (0)


Nie wieder Sorgen haben, nie wieder verlieren
Nie wieder Pech – Nie wieder Glück
Keine zweite Chance, und erst recht kein Happy End
Mach dir klar, es ist wahr:
Es gibt kein Zurück!
Farin Urlaub "Kein Zurück"

W akademiku jak w akademiku. Studenci noszący drzwi od kibla po korytarzu, piwo otwierane o parapet, wódka czysta, podłoga brudna, etc.

Porozmawiałem sobie z gościem z którym miałem bandę w przedszkolu. Więzy powstałe w tym gangu były tak mocne, że pomimo upływu 20 lat bez jakiegokolwiek kontaktu do dzisiaj pamiętamy się z imienia i nazwiska. Patrząc na studentów z pierwszego roku rozkminialiśmy starość i zbliżający się koniec studiów, stracone okazje. 

Mogłem lepiej wykorzystać lata na tej uczelni. Na parę rzeczy już trochę za późno... Chociaż zgodnie z filozofią wu-wei której jestem fanem, nie ma co robić nic na siłę (to raz), a przeszłości nie rozgrzebywać bo jest tylko śladem teraźniejszości zawartym w naszych głowach.


(wszystkich specjalistów od wu-wei, którzy nie zgadzają się z moim opisem wu-wei serdecznie prosi się o zamknięcie ryja)



[190]


Link 19.04.2012 :: 20:10 Komentuj (4)


Drogi pamiętniczku, na wczorajszym ognisku nauczyłem się, że gitara i śpiew naprawdę działa na dziewczyny. Gitarzysta i śpiewak za to niekoniecznie. Nauczyłem się też, że bezpowrotnie odchodzą czasy beztroski, chociaż wolałbym aby beztrosko odeszły czasy bezpowrotności.

Chodzenie na imprezy gdzie znam tylko jedną osobę to nie jest taka znowu moja słaba strona jak się okazuje. Niestety zawartym miłym znajomościom towarzyszy posmak kompletnego braku kontynuacji, bez szans na pogłębienie w naturalny sposób (chociaż w większości wypadków to dobrze).

Cieszy mnie jednak, że jak śpiewam to nikt nie mówi, że go bolą uszy. Cieszę się też, że nie wyrosłem na gitarzyste-pizdę który po pijaku daje rady odnośnie grania, chociaż umiejętności pozwalają mu zagrac ledwie trzy akordy. Był tam taki "gitarzysta". "Teeee.. Dfaj hitare, pokaszsze Si soć...". Ta i może Ci jeszcze stopy wymasować?

Generalnie coś mnie ciężkie uczucie prześladuje, że jedyne co się ostanie to robienie tego co trzeba, ew tego co do mnie należy. Z uczuć ostatnio jeszcze: głupieję, wszyscy na około ładnieją a ja jestem tak samo brzydki, mam wyrzuty sumienia, że nie jestem tytanem pracy, nikt mnie nie kocha, majtki mnie obtarły ostatnio i często gadam od rzeczy.



[191]


Link 22.04.2012 :: 21:17 Komentuj (1)


Naiwnie wierzę, że jak ten cały pierdolec ze studiami minie, to jeszcze nie zgaśnie we mnie płomyczek rockman'a. Mam nadzieję, że będzie czas, że będzie ochota, żeby jeszcze kilkoma mięsistymi riffami własnego autorstwa skopać niejedno dupsko.

Boje się też że nic z tego nie będzie, za to będę grzecznie spłacał kredyt hipoteczny, płacił podatki i zdechnę przed emeryturą jak na patriotę przystało.



[192]


Link 30.04.2012 :: 23:40 Komentuj (1)


Gitara, piwo, grill, słońce. I wystarczy.

[193]


Link 02.05.2012 :: 16:48 Komentuj (5)


"Kolonia Piekło Kostury" - przystanek na którym nie chciałbym wysiąść. Wyobrażam sobie kolonię karną, wyglądającą mniej-więcej jak planeta Harkonnenów z Diuny, albo Mordor, a w niej więźniów opowiadających sobie historie o legendarnym Kosturze, który był najsłynniejszym więźniem w Piekle.

Znowu gitarowo, tym razem z inną ekipą. Improwizowanie piosenek bywa zabawne, ale oglądanie tego potem (bo komuś się zachcialo nagrywać na komórkę) już niekoniecznie. Po winie jednak troszku puszczają hamulce. 

A gdyby płacili mi za każdy raz jak słyszę "zagraj coś znanego" to byłoby mnie stać na nową gitarę. Bo ile bym znanego nie zagrał, to zawsze muszę "zagrać coś znanego". Nie znosze tez gdy gram kawałek, jestem w połowie, wokal wchodzi i nie śpiewam sam, a ktoś musi przekrzykiwać mnie ze słowami "zagraj (tu wstawić tytuł)". Żaden ze mnie artysta, więc może oburzenie moje jest nie na miejscu, ale wolałbym żeby jednak ludzie trzymali się mojej nie tak znowu biednej setlisty, zwłaszcza że słów do pożądanych piosenek i tak nie znają i fałszują niemiłosiernie. 

No to by było na tyle wylewania żółci. Musze zostać gwiazdą rocka i tyle.



[194]


Link 06.05.2012 :: 17:37 Komentuj (1)


Chyba czas ściąć włosy. Chyba się już do niczego nie przydadzą, a sprzedaż moich półmetrowych blond loków zafunduje mi przynajmniej bilet lotniczy do Niemiec.

Niedługo powinienem się pojawić na spotkaniu organizowanym przez niemicką klinikę, dotyczącym możliwości specjalizacji w ojczyźnie Goethego. Po ostatnich cyrkach w Polsce, emigracja staje się coraz bardziej prawdopodobna, tym bardziej że Niemcy to kraj niezupełnie mi obcy i nie do końca odległy.

(dobrze że mnie koledzy z ruchów narodowościowych z mojego miasta jeszcze nie zabili)



[195]


Link 07.05.2012 :: 06:50 Komentuj (5)


Od dwóch dni chodzim i po głowie jeden riff z "Regular John" Queens of the Stone Age. Wyraźnie słychać wpływ Kyuss, a to jest na plus. Zainspirowany próbowałem nagrać coś w tych klimatach i poległem strasznie. 

Co czyni kawałek zasiepsitym/ Uczę się skal, podstaw harmonii, zapirdzielam po gryfie, rzygam tymi nutami po taktach... a i tak wszystko miażdżą trzy nuty z wyżej wspomnianego kawałka. Pryma, tercja, sekunda. No żesz kurde już prościej byłoby cieżko. Jak oni to robią?

To na pewno kwestia sprzętu, kształtowania brzmienia, perkusji i masywnych ilości trawy którą oni palą, a ja nie.

***

Ostatnio odprowadzałem świeżo poznaną dziewczynę na przystanek. Small-talk, który tak "kocham" doprowadził ją do pytania, czy nie żałuję, że medycyna zabiera mi możliwość grania na "pełen etat". No i tak sobie pomyślałem, że nie, wbrew pozorom nie żałuję. I tak nie potrafię do kupy trzech nut porzadnie skleić. Przynajmniej nie dziś. Także jest w pompeczkę.






[196] z anatomią na bakier


Link 09.05.2012 :: 21:45 Komentuj (3)


"swędzi mnie lewy palec u małej nogi" - powiedział Współlokator.

[197] z gramatyką też nienajlepiej, a płeć słaba wciąż silna nie jest.


Link 13.05.2012 :: 19:08 Komentuj (4)


Sytuacja kryzysowa - nigdzie nie ma chleba. Postanowiłem upiec bułki, więc poszliśmy po półprodukty do sklepu.

- Przepraszam, nie ma pani drożdżów? - zapytał Współlokator

***

Jedna ze współlokatorek nie zgniata butelek po mleku przed wyrzuceniem, co znacząco zwiększa częstość kursów na trasie mieszkanie-śmietnik. Sama twierdzi, że dba o nasze zdrowie, dzięki temu że częściej będziemy latać ze śmieciami (młodzież dzisiaj taka bezczelna...). Ale ja wiem, że w głębi chodzi o coś innego, do czego boi się przyznać. Podejrzewam ją o dystrofię mięśniową.

Nie wie ktoś gdzie można dostać plakat akcji "zgnieć śmieć"?



[198] eighteen 'till I die


Link 16.05.2012 :: 19:23 Komentuj (5)


Notorycznie ostatnio powtarza nam się, że "już zaraz, już niebawe będziemy lekarzami". Odpowiedzialność uciska mi na mózg i mam już prawie objawy ogniskowe przez to. Łapiąc zadyszki prawie, staram się uchwycić ostatnie chwile smarkatości i beztroski. Z zazdrością patrzę na maturzystów przechadzających się ulicami. Ledwo już widzę tamten świat, już ostatnim palcem trzymam się krawędzi. A oni jeszcze mi przypominają, że zaraz spadam. 

Świat teczek, kołnierzyków, grzecznych fryzur i błyszczących butów napiera jak lawina.



Archiwum

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009

Kategorie

Deutschland(9)
Współlokatorzy(6)
Poligon(1)

Linki

lucciola
swojanka
donpepego
kiszczaksattack
Blog o zakręcie
Mloda lekarka
Kliniczny blog
Ostry Dyżur
Adept Sztuki
Szpitalne Życie
Abnegat
Dochtor Jot
pobaw sie w House'a
Gary Weber, Ph. D.
TED
prof. Pluskiewicz
monik!
W Madrycie
gwiazdowski
moja zupa



Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl