:: agrest.ownlog.com

[237]


Link 05.01.2013 :: 11:39 Komentuj (1)


To dzisiaj będzie wierszyk.

***
gdy kurz już opadnie
i przestaną grać
nie będzie dnia za dniem
poranka by wstać

gdy jutra współtwórcą
nie będziesz już ty
on, ona, oni
ale nie my

poczujesz niedosyt?
głód czyichś oczu?
pilnuj zawczasu
byś ulgi nie poczuł

a może w tym sztuka
by życie wywrócić
na sercu mieć kamień
by móc go zrzucić.

[238] cuś piknego


Link 07.01.2013 :: 16:46 Komentuj (3)




[239]


Link 18.01.2013 :: 14:16 Komentuj (3)


Nie umiem napisać nic. Przedostatnia sesja egzaminacyjna, koniec studiów których potencjału nie wykorzystałem nawet w 1/10, plus nawałnica ślubów i coraz częstsze ciąże w moim otoczeniu sprawiają, że chcę rzucić tą medycynę w cholerę i poświęcić swe życie pracom nad wehikułem czasu.

Będę w Dzień Dobry TVN w sobotę albo w niedzielę rano, ale trzeba się będzie trochę wysilić żeby mnie znaleźć - jak Wally'ego który to zwiedzał świat i wszyscy pytali gdzie jest.

[240]


Link 22.01.2013 :: 23:14 Komentuj (1)


Dzisiaj załapałem się na króciutki wywiad dla Polskiego Radia Katowice, oczywiście z okazji bycia "przyszłym doktorem". TVN po zeszłotygodniowym nagraniu nas nie puścił (może trzymają na później) ale radio już nas puściło. Śmiesznie się słucha samego siebie w radiu, zupełnie jakby to był ktoś inny. No bo w sumie jest już to ktoś inny, ale to już inna filozofia.

W takich momentach i w tych bardziej codziennych, gdy "niemedyczni" znajomi pytają się mnie o coś i rozmawiają o medycynie, zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu ludzi to wciąż jest i pozostanie swego rodzaju szamanizm. Działalność wyjątkowa, tajemnicza, obfitująca w rytuały niedostępne szaremu obywatelowi. Sekta której członkowie porozumiewają się własnym językiem. Nie tak dawno trzymałem uzbrojoną w sterylną rękawiczkę rękę na ciepłej macicy, z której ledwo co wyciągnięto dzieciaka. Uczyłem się asystowania operatorowi przy szyciu po cesarskim cięciu (paranoja, biorąc pod uwagę że nie chcę być ginekologiem, ani nawet chirurgiem... ale skoro była okazja, to co mi tam). Dopiero na wieczornym piwie gdy gadaliśmy w towarzystwie informatyczno-filologiczno-medycznym o dniu który minął dotarło do mnie, że to przecież jest troche kosmos. Albo nie jest, ale ja to widzę z racji bliskości do tematu?

***

Już kiedyś o tym pisałem, ale napiszę po raz kolejny - medycyna jest zaborcza. Jeśli ma się jakiekolwiek minimum ambicji, bycie lekarzem wymaga poświęcenia większego wycinka z każdego dnia życia. Wielokrotnie budzę się z medycyną i zasypiam z nią. Wszystkie moje pasje spycham dla niej na bok i obwiniam się, że nie jest ona moją pasją jak np. gitara. Kiedy tylko mogę, uciekam od niej jak najdalej, by potem wrócić na tygodnie (zwłaszcza przed sesją). Każdy student i medyk odczuwa to pewnie inaczej, na pewno. Dla mnie medycyna to małżeństwo z rozsądku. Być może będę miał z nią piękne życie i udaną rodzinę. Raczej nie będę żałował, ale wiem, że skazany będę na nawiedzajace mnie rozżarzone myśli o niespełnionych miłościach, które nie wrócą.

Chociaż tak na marginesie, a może jednak wytłuszczonym drukiem na samym środku - czasem lepiej żeby nie wracały, bo potrafią rozczarować.

[241]


Link 31.01.2013 :: 19:28 Komentuj (6)


Wydawałoby się, że mieszkając do spóły z trzema innymi studentami warto byłoby mieć jakiś harmonogram sprzątania, wynoszenia śmieci etc. My jednak go nie posiadamy. Bo gdy ja posprzątam, to wywieram na współlokatorach presję. Oni już dawno nie sprzątali, więc robi im się głupio, więc czychają na moment kiedy się trochę przybrudzi żeby też posprzątać. Tak to działa u nas przynajmniej. Właściwie to jeden kolega się wyłamuje, ale on jest generalnie chyba jakimś specjalnym przypadkiem.

Sesja egzaminacyjna w pełni. Jem, śpię i się uczę. Dzisiaj z okazji napisania pediatrii chwila przerwy przed ryciem do ginekologii. Obiecuje sobie, że następnym razem zacznę wcześniej, będę lepszym człowiekiem, a do egzaminu zawodowego to się zacznę uczyć rok temu... i inne bzdury.

chyba zacznę sobie spisywać "owocowe" objawy chorób. redcurrant jelly stools (wgłobienie jelita), blueberry muffin syndrome (skórne nacieki w ostrej białaczce), no i truskawkowy język (choroba kawasaki, ale niektórzy pewnie dodaliby też płonicę, czyli szkarlatynę, czyli taką formę zakażenia paciorkowcowego). to tylko niektóre.

[242]


Link 07.02.2013 :: 19:14 Komentuj (6)


Stan emocjonalny po porodzie, zaburzenia: "Najłagodniejsza postać tych zaburzeń nosi nazwę przygnębienia poporodowego (postpartum blues)..."

to jest dopiero tytuł na gitarowy kawałek! i od razu wiadomo w jakim gatunku osadzić.

[243]


Link 13.02.2013 :: 20:38 Komentuj (2)


Sesja zamknięta z wynikiem pozytywnym, ale prawdę powiedziawszy to tym razem nie było to szczególne osiągnięcie. Osiągnięciem było natomiast to, że wczoraj wybrałem się na narty, po raz pierwszy od 9 lat czy coś koło tego. W pierwszych minutach z deskami przyczepionymi do nóg czułem się mocno niepewnie, ale po chwili okazało się że wyćwiczone schematy ruchowe, zasklepione w korze mózgowej, są tam gdzie być powinny. Stoki nie były zatłoczone, a że lubię jeździć szybko to ubawiłem się na maxa.

Wynalazłem ostatnio fajny riff, nagrałem i będzie z tego niedługo blues-rockowy kawałek. Niestety brzmienie nagrywane domowymi metodami nie pozostawia tego żrącego wrażenia, któr chciałbym osiągnąć... ale może sobie kiedyś zarobię na sesję w studio. Na razie póki co trzeba zacząć gromadzić materiał.

Jeśli chodzi o słuchanie, to jest różnorodnie. Nie podejrzewałem się nigdy o słuchanie muzyki poważnej, albo przynajmniej nie o coś więcej niż okazyjne puszczenie sobie czegoś, ale chyba się wkręciłem. Przełomem była chyba druga sonata F-dur Brahmsa, którą usłyszałem rok temu, a absolutnym hitem stał się dla mnie Szostakowicz. Drugie Trio - wypas od początku do końca, a to co robi pianino w drugiej i czwartej części - gacie spadają. Pierwszy koncert wiolonczelowy - czwarta część żre na maksa. Siódmy kwartet smyczkowy - krzyżówka muzyki romantycznejk i Slayer'a. Poza tym - Double Concerto Brahmsa, sonata wiolonczelowa Rachmaninov'a. Przegryzam się też przez szóstą symfonię Mahlera. Jest co odkrywać, tylko nie zawsze jest z kim o tym pogadać żeby nie wyjść na lansującego się pretensjonalnego buca.

Dzisiaj za to Deep Purple "Machine Head". Klawisze w Highway Star - miodzio. W przerwach w słuchaniu Purpli - kompulsywne odtwarzanie "Paint it Black" Stones'ów. Póki co to dopiero drugi ich kawałek który naprawde zrobił na mnie wrażenie (pierwszym jest "Sympathy for the Devil", który się kiedyś znajomej ze mną skojarzył).Przez chwilę była też nowa płyta Bat for Lashes. Myślałem, że wpadnie mi do głowy na dłużej, ale wyszła. Może na chwilę. No może "All your Gold" nie do końca wyszło z głowy.

Chwilowo się byczę, oglądam filmy, jem i pompuję żelazo*. Aha i zacząłem czytać "Atlas Shrugged" w oryginale. Wchodzi dobrze, dużo się po tej lekturze spodziewam.





*ang. pumping iron

[244]


Link 22.02.2013 :: 19:00 Komentuj (1)


Z cyklu "niepublikowane dotąd nagrania": "Życie Srogie". Ku pokrzepieniu serc. Słowa - niejaki Pan Bogusławski. Wykonanie i tzw. "Muzyka" - agrest we własnej osobie.



[245]


Link 20.03.2013 :: 18:27 Komentuj (3)


Mógłbym napisać o paru ciekawych spostrzeżeniach z sekcji zwłok na zajęciach z medycyny sądowej... ale może później. Mógłbym też napisać conieco o psychiatrii dziecięcej i specyfice oddziału... ale może później. Dzisiaj będzie o chemii.

Rano rozpuściłem sobie w szklance wody musującą tabletkę z witaminą D. Dopiłem tylko do połowy, bo musiałem szybko wychodzić. Gdy wróciłem do mieszkania napój, który normalnie jest żywopomarańczowy, był niemal bezbarwny. Pomyślałem, że to efekt słońca które dzisiaj tak pięknie świeciło na dworze i musiało świecić też przez okno pokoju. Okazuje się że barwnikiem w owym suplemencie jest ryboflawina, znana też jako witamina B2. Degradowana przez światło. I mnie to znalezisko jara, ale ja dziwny jestem.

[246]


Link 25.03.2013 :: 21:54 Komentuj (9)


"Różowe tabletki działają jak gandża" głosi napis na ścianie świetlicy oddziału psychiatrii dziecięcej. Pośród różnych zaburzeń na odzdziale odnaleźć można m. in. próby samobójcze, zaburzenia osobowości, anoreksja, autyzm. Do wyboru do koloru. Można też odnaleźć panią psycholog, ewidentnie zafascynowaną psychoanalizą, Freudem i nawet Jungiem, co jestem w stanie zrozumieć. Czego nie jestem natomiast w stanie zrozumieć to stosowanie psychoanalizy w leczeniu, bo przecież to już jest historia. Widział ktoś na wydziałach astrofizyki ludzi przekonanych, że ktoś wozi łódką Słońce po niebie? No dobra, może to trochę zbyt ostre porównanie.

Jedna z dziewczyn na odziale miała zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Musiała dotykać kranu, po dotknięciu kogoś innego. Jeśli tego nie zrobiła, napięcie rosło do okropnego poziomu i w efekcie potem musiała dotknąć kranu kilka razy.

Inna dziewczyna ma typową schizofrenię. Głozy komentowały jej poczynania, a wiadomości w telewizji były adresowane specjalnie do niej. Bardzo zimny sposób wyrażania się, niemalże kompletny brak mimiki. Jak to się ładnie mówi - afekt blady. Rodzice bardzo ją wspierają, co jest bardzo budujące.

"Proszę Pana, proszę Pana" - woła dziewczyna z korytzarza oddziału
"Słucham?" - powiedziałem trochę zaskoczony.
"One się w panu zakochały" - powiedziała pokazując na koleżanki z pokoju
"Fantastycznie" - odparłem bezmyślnie z pewną dozą strachu i zmieszania... i poszedłem
"Powiedział, że fantastycznie i poszedł" - odparła dziewczyna do koleżanek

Psychiatria wieku rozwojowego - bardzo specyficzna działka.


***

"Na każdego młodego zdolnego lekarza czeka młody zdolny prokurator" - to zdanie mnie strasznie rozbawiło ostatnio. Sram ze śmiechu po prostu.

[247]


Link 25.04.2013 :: 15:21 Komentuj (1)


Rzecz dzieje się na bloku operacyjnym. Pacjentka jest przygotowywana do zabiegu, ma dostać znieczulenie zewnątrzoponowe. Wiąże się to krótko mówiąc z wbiciem igły w kręgosłup. Boi się, trzęsie, wierci, co nie ułatwia wykonania znieczulenia coraz bardziej nerwowej pani anestezjolog. Na salę wchodzą zniecierpliwieni operatorzy. Chcieliby już zacząć. Pacjentka ujrzała ich i mówi:

- A czy to panowie doktorowie będą mnie operować?
- Tak, a o co chodzi? - pyta wytrącony z własnych myśli lekarz.
- Bo ja bym bardzo prosiła o udaną operację, no i żeby pacjent przeżył i miał się dobrze...
- Wie pani co, no nie wiem... jeszcze nikt nas o to nie prosił...

Suchy żart. Zupełnie soczyste natomiast są kawałki na składance Black Sabbath - "Dio Years". Ja wiem, że składanki to wg. niektórych lipa, ale mnie ten dobór kawałków pasi. Chyba wreszcie mogę powiedzieć, że lubię Black Sabbath i chyba moge zaryzykować stwierdzenie, że wolę tą odsłonę kapeli z Ronniem J. Dio na froncie.

Odkryciem ostatnich tygodni jest też płyta "Melissa" Mercyful Fate, kapeli w której udzielał się King Diamond. Riffy, teksty i klimat albumu absolutnie wymiatają. Podejrzewam, że gdyby tylko jakość nagrań była lepsza, a wspomniany wokalista nie wył momentami aż tak bardzo, to Mercyful Fate byłoby dużo szerzej znane i ubóstwiane. Te riffy... nie umiem wymyślić innej płyty na której riffy byłyby główną gwiazdą i żarłyby tak bardzo i z taką częstością.




[248]


Link 08.05.2013 :: 23:28 Komentuj (3)


Będzie notka, bo jest okazja - mianowicie dzisiaj odbył się mój debiut sceniczny. Skromny festiwal, którego elementem były muzyczne reinterpretacje wierszy Skamandrytów, dał mi szansę podpięcia instrumentu pod nagłośnienie, śpiewania na scenie i cieszenia się z oklasków publiki. Padło na "Ranyjulek" Tuwima, do którego skleciłem "na kolanie" melodię i gitarowy akompaniament. Nagrania w dobrej jakości nie posiadam, ale może niedługo wejdę w posiadanie. Poza reinterpretacją Tuwima, mogłem zaprezentować dwa kawałki, więc pozwoliłem sobie na danie czadu z "Cudem Niepamięci" Soyki i "Wonderwall" Oasis.

Oczywiście nie wygrałem - konkurencja nie zasilała już od dawna kręgu debiutantów i w ogóle była przemocna, ale i tak odniosłem sukces bo:
- nie fałszowałem
- nie zapomniałem tekstu
- nie rozpadłem się z tremy
- dałem czadu

Z co najmniej dwóch źródeł słyszałem niedowierzanie, że to mój pierwszy raz na scenie, generalnie same niewymuszone, pozytywne komentarze. Także może to nie koniec z muzyką, którą czasami chciałem odstawić daleko w kąt.

Tymczasem, powrót do szarej rzeczywistości. Sesja nadciąga, medycyna domaga się ofiary, złożonej na ołtarzu zbudowanym z podręczników...

P.S. Z obserwacji w nowej sytuacji: Światła na scenie napierdzielały tak w oczy, że nie widać było publiki. Co jest dobrym zjawiskiem. To po pierwsze. Drugie - jeśli mikrofon słabo zbiera, a nosi się okulary, to trzeba uważać z odległością od tegoż mikrofonu, bo można bębnić weń okularami. Trzecia: w stosunku do publiki, często artysta przejmuje się dużo za bardzo swoim występem. Należy wyluzować.

[249]


Link 10.05.2013 :: 23:06 Komentuj (3)


Jakoś nigdy do końca nie udało mi się do końca zafascynować twórczością muzyczną z kategorii "dziewczyna + skromny akompaniament, przeważnie pianino". Do czasu kiedy nie usłyszałem Reginy Spektor. Słuchałem Feist, słuchałem Birdy... ale Regina wypada jakoś tak... szczerzej. Autentycznie. Nieco frywolnie i chyba dzięki temu nie przesadnie cklwie. W ogóle nie pretensjonalnie. Na razie pochłaniam dwa albumy: "Songs", "Soviet Kitsch", oraz piosenkę z filmu /500 Days of Summer/ - "Hero". Kraja mnie ta dziewczyna na kawałki swoim graniem i śpiewaniem.

Z innej muzycznej planety nadeszły smutne wiadomości. Jeff Hanneman, niezbędny element Slayera, nie żyje. Człowiek, bez którego piekło tworzone przez metal nie byłoby tak gorące. Niech spoczywa w pokoju, albo gdzie tam sobie chce.

Zastanowiłem się przez chwilę czy coś łączy te dwie muzyczne planety, między którymi kursuję niczym Sokół Millenium. Coś na pewno. na przykład Tori Amos i jej wersja "Raining Blood".

[250]


Link 23.05.2013 :: 15:16 Komentuj (4)


Miało być tak: piwko, kiełbaska z grilla, miłe pogawędki. Chociaż nauki mam od groma, to pójdę. Co mi tam - to w końcu ostatnie dni na studiach. Było tak: piwko i kiełbaska - a i owszem. Bardzo miłe pogawędki, szlajanie się zimną ciemną nocą, zwiedzanie akademika, znowu szlajanie się, wymarznięcie jak gówno w polu, parę innych rzeczy o których nie wypada pisać, powrót 3:30 do domu. Teraz jest tak: leżę, gorączka, myślałem że grypa, a jednak angina, zaraz zacznę łykać antybiotyk, także pewnie poantybiotykowa sraczka też będzie.

Ale niech żyje bal. Może jeszcze mi się uda posklejać te nieobecności na zajęciach i te wszystkie egzaminy.
Pff, nie każdy jest stworzony do imprezowania.

[UPDATE]:
Nieobecności zabliźniły się rychłozrostem. Od dawna mam wrażenie, że urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą. Nie wiem czy to dobrze, bo coraz częściej wychodze z założenia, że "jakoś będzie" i zamiast wziąć się w garść płynę z rwącym potokiem wydarzeń... ale co tam - jakoś będzie ;)

[251]


Link 29.06.2013 :: 17:48 Komentuj (3)


Żyje, jakby kto pytał, tylko się zaszyłem i bardzo się uczę. Jeśli wszysto będzie dobrze, to już w środę koniec. Albo może raczej przerwa, bo nauka w moim przypadku chyba nie skończy się nigdy.

[252]


Link 03.07.2013 :: 19:54 Komentuj (7)


Skończyłem wreszcie studia na wydziale lekarskim. Wiąże się to nieuchronnie z nadaniem tytułu zawodowego, czyli...


JESTEM LEKARZEM.


Od strony formalnej oczywiście, bo od strony faktycznej to ja jestem żółtodziób z głową pełną nie do końca jeszcze ułożonych informacji, z niesatysfakcjonującymi umiejętnościami praktycznymi. Prawda jest też taka, że to że ma się tytuł zawodowy lekarza, nie oznacza, że ma się prawo wykonywania zawodu lekarza. Ograniczone prawo wykonywania zawodu jest mi potrzebne do odbycia trzynastomiesięcznego stażu i dostane je już niedługo - to tylko formalność. Pełne prawo wykonywania zawodu otrzymuje absolwent wydziału lekarskiego po odbyciu obowiązkowego 13-miesięcznego stażu i zaliczeniu z wynikiem pozytywnym Lekarskiego Egzaminu Końcowego (czyli LEK - pierwsze podejście już 21 września, ostatnie jak nabiję tyle punktów aż będę rad).

Co oznacza w praktyce, że przez paręnaście miesięcy jeszcze nie wystawiam żadnych recept i L4, także proszę wstrzymać się z prośbami :). Trochę do bani z tymi niuansami, bo właściwie nie bardzo wiadomo kiedy świętować to "stanie się lekarzem". Tym bardziej, że to jest tak naprawdę "stawanie się lekarzem" czyli proces, który trwa. Proces w którym poziom spuchnięcia głowy, po którym człowiek nie boi się już mówić o sobie jako o lekarzu, jest bardzo indywidualny. Wiem, że do tego progu jest mi jeszcze bardzo daleko.

Ale co tam, powtórzę to sobie - JESTEM LEKARZEM. Oh Yeah. Zaczęło się już przezywanie mnie przez rodzinę i znajomych "doktorkiem". To było nieuniknione.

***

A jutro mam randkę i mam straszną tremę, ale to nie zmienia faktu, że randki są w dechę.

[253]


Link 09.07.2013 :: 20:23 Komentuj (4)


Dzisiaj będzie wpis jakich tutaj mało.

Randki są w dechę. Dechą można przez łeb dostać.
Kiedy po jednej stronie pojawiają się wątpliwości co do sensu dalszych spotkań, zaczyna się prawdziwy dramat. Walka ze samym sobą - o odpowiedzi. Czy wątpliwości są zasadne? Czy to się może udać? Czy sama chęć stawiania takich pytań nie jest już odpowiedzią? Dlaczego do cholery druga strona nie zdradza oznak wątpliwości?

Jeśli będę musiał drugi raz tego lata zabić dobrze zapowiadającą się znajomość, to będę bardzo zły, smutny i pewnie pójdę się upić. A potem mnie ktoś powinien pobić i opluć za wybrzydzanie.

Ale może po prostu za dużo myślę.

***

Wznowiłem lekturę "Atlas Shrugged" pani Ayn Rand. Epickie dzieło, przerośnięte na wskroś filozofią autorki. Niektórzy mówią, że prostacka i banalna w swym wydźwięku, ale chyba tylko tak prostacka i banalna, jak prostacka i banalna jest logika.

[254]


Link 25.07.2013 :: 19:34 Komentuj (6)


Wolne. Coraz liczniejsze dni stają w szeregu obok siebie, identyczne jak klony z Gwiezdnych Wojen. Mogłyby zlać się ze sobą. Ilość drobnych fluktuacji między nimi wystarczyłaby na wypełnienie góra dwóch dni, reszta zdarzeń pokryłaby się jak dwie dyszki z Mieszkiem oglądane pod światło. Siedzę na wiosce, a wioska chce mnie zamilczeć na śmierć. Od czasu do czasu tylko rozedrze się nieznośnie, odgłosem samochodów jadących główną szosą, z niedozwoloną prędkością.

Gitara nie sprawia mi szczególnej frajdy. Książka którą czytałem zaczęła robić się męcząca, a fabuła infantylna. Nie pozostaje mi nic innego, jak znowu siąść do nauki.

[255]


Link 12.08.2013 :: 16:42 Komentuj (6)


Zgromadziłem materiały potrzebne do nauki, przejrzałem testy z poprzednich egzaminów. Ilość materiału do przerobienia jest przytłaczająca. Nie dość, że muszę przerobić tematy stricte medyczne, to jeszcze muszę przyswoić przepisy związane z orzecznictwem, ZUS'em, prawem medycznym i coś czego nienawidzę - zagadnienia z promocji zdrowia.

Współdzielę ostatnio mieszkanie z telewizorem, więc czasem spojrzę co akurat sygnał satelitarny oferuje. Niesamowite jest to, że kanały liczone są już w setkach, a w większości graniczącej z całością przypadków, w danym czasie, nie leci NIC interesującego. A oglądanie telewizji informacyjnych coraz bardziej przypomina Onion News, albo sceny rodem ze słynnych antyutopii.

Na szczęście jest internet, a w nim dobre seriale i filmy. W najnowszym odcinku "Breaking Bad" jeden z drugoplanowych bohaterów ujawniał swoją rozkminę, na temat teleportacji. Bo teleportacja, wg chyba najzasadniejszeto rozumienia, polegać ma na rozbiciu przedmiotu na pojedyncze cząstki/atomy i zespoleniu innych na ich wzór gdzieś indziej. Czyli możliwe, że Kapitan Kirk zmarł przy pierwszej teleportacji, a potem umierały kolejne jego kopie. Ale nie potrzeba teleportacji, by skumać, że "nie wchodzi się nigdy dwa razy do tej samej rzeki".

Od kiedy jako bobas zjadłem pierwszą kaszkę, której atomy po części weszły w skład mojego organizmu, zjadłem mnóstwo innych rzeczy. Część atomów złuszczyła się ze mnie, lub wydaliłem je w jakiś mniej lub bardziej elegancki sposób. Z każdą chwilą odrobinę umieram i odrobinę się rodzę. Albo właściwie nigdy nie żyłem. No ale z uporem maniaka brnę w tą iluzję dalej. Ale jak już raz się zobaczy jak magik to robi, że królik pojawia się w kapeluszu, to ciężko spojrzeć na występ tak samo. Czasem chcę, żeby coś we mnie wreszcie pękło i żebym mógł w pełni potraktować życie jako fascynujący świadomy sen, którym przecież jest. A nie konieczność, na którą składają się małe konieczności, z mniejszymi przerwami na właściwe spojrzenie.



[256] słuchać, a słyszeć


Link 16.08.2013 :: 19:15 Komentuj (5)


Album "Are You Dead Yet?" fińskiego skłądu Children of Bodom (BTW - nazwa ma iście mroczną genezę) został przeze mnie przesłuchany co najmniej kilka razy. Tytułowy kawałek wpadł w ucho, reszta jakoś niezbyt... i o albumie zapomniałem. Zrzuciłem poprzednie płyty Finów na telefon i posłuchiwałem od czasu do czasu, na "Are You Dead Yet?" stawiając krzyżyk.

Jakiś czas temu puściłem sobie ten album, tak żeby coś żywszego leciało gdy sprzątam pokój. Pomyślałem, że dam mu jeszcze jedną szansę. I nagle jakby muzyczne niebiosa (chociaż biorąc pod uwagę muzykę, to może raczej piekła) otwarły się. To chyba najlepsza płyta Children of Bodom! Jak mogłem tego nie zauważyć? Thrashowe riffy poprzerywane melodyjnymi, ultrachwytliwymi wstawkami, bezpardonowy wokal, klimatyczne klawisze i moc ostrzału z katiuszy. Solówki, harmonie - to co tygrysy lubią najbardziej. Pierwsza połowa płyty świetna, druga genialna.

... no i ten cover "Oops I did it again" Britney Spears. Perełka.

W głowie czają mi się nastroje rewolucyjne, ruszyłbym się gdzieś, zrobiłbym coś epickiego. Niedługo spożytkuję chęć do działania - za tydzień czterodniowa robota w pociągowej drodze na Hel i z powrotem.



[257]


Link 14.09.2013 :: 15:03 Komentuj (4)


Nie wiem kiedy przyjdzie definitywny moment, kiedy poczuję się lekarzem. Nie ma jednego, jasno określonego punktu w którym czuć, że to właśnie teraz, a nie kiedy indziej. Ostatni egzamin - to tylko skończenie studiów. Dyplomatorium - będzie w momencie gdy już dobry miesiąc będę pracował w szpitalu. Uroczystość w Izbie Lekarskiej mogłaby być takim momentem, ale nie każdy na nią przyszedł, wielu było na wakacjach i zdecydowało się na wręczenie "Izbowych" papierów drogą pocztową. Poza tym jak poczuć się lekarzem, gdy wręczają "OGRANICZONE prawo do wykonywania zawodu"? Osobiste poczucie bycia kimś to jedno, ale tutaj nawet ciężko uzasadnić jakiś formalnie ustalony punkt.

Kiedy poczuję, to zrobię imprezkę. W Izbie Lekarskiej potraktowano nas patosem, był nawet przyzwoity poczęstunek po części oficjalnej. Chętnie bym się tym wszystkim napawał, gdybym wiedział, że za gestami idą czyny. A w opiece zdrowotnej, jest tak jak prawie wszędzie w Polsce. Dziko i nie wiadomo czego się spodziewać.

Rosną we mnie, i tak dotychczas niemałe, nastroje buntownicze. Chciałbym mieć w nosie politykę i nie musieć interesować się zawiłościami finansów publicznych, ale one już dawno nie pukają do mych drzwi, tylko rozwaliły się na kanapie i wrzuciły nogi na stół. Tu podatek, tam składeczka, tu zmiana przepisów, tam nowe obostrzenia. W stadzie owiec idących pod przymusem do strzyżenia, ja należę do tych czarnych. Ale wydaje mi się, że czuć klimat zmian. Oby takich na lepsze.

Kończę czytać "Atlas Zbuntowany" Ayn Rand. Niesamowite, że można książkę jednocześnie uwielbiać i uważać, że ma słabą fabułę. Idee zawarte w książce - ultraistotne. Niektóre monologi poruszają kwestie tak bardzo aktualne dzisiaj, jak nigdy. Fabuła natomiast... mydlana opera. Bohaterowie płascy jak kartka, ciężko się z nimi identyfikować. No ale to jest książka o ideałach, tym do czego trzeba dążyć nawet jeśli się tego nie osiągnie i o pięknie bycia wolnym człowiekiem. Nie o ułomności człowieka, tylko o jego ogromnej wartości. Taka bajka do zagrzewania do walki o lepsze jutro.

[258]


Link 28.09.2013 :: 20:39 Komentuj (3)


Neuroanatomowie podzielili sobie mózg na różne części, według różnych kryteriów. Zaklasyfikowali pewne partie mózgowia do tworu nazwanego węchomózgowiem. W węchomózgowiu sąsiadują ze sobą m. in. opuszka węchowa, zaangażowana w percepcję bodźców węchowych, i elementy kory mózgowej związane z funkcjami pamięci. Niektórzy badacze sugerowali, że to że tak dobrze zapamiętujemy zapachy jest właśnie skutkiem tego ścisłego sąsiedztwa. Rzekomo dlatego też, po poczuciu pewnych zapachów, mogą nasuwać się nam przeróżne wspomnienia.

Nie tak znowu dawno obracałem się w bliskim towarzystwie pewnej niewiasty. Na tyle bliskim, że - jak to czasem bywa - nawdychałem się jej perfum. Były dość mocne, ale wciąż kobiece. bardzo charakterystyczne.

Jeszcze bardziej "nie tak znowu dawno", poczułem bardzo podobny aromat. Nieco bardziej syntetyczny, ale i tak zadziwiająco podobny. Miał taką charakterystykę, jakby ktoś kiedyś próbował skopiować oryginał perfum, w miarę tanim kosztem, i puścić na rynek jako podróbę. Zapach był na tyle podobny, że uruchomił pamięć. Obrazy zaczęły się powoli materializować na ekranie pamięci. Dołączały do nich strzępki rozmów i inne odczucia cenestetyczne. Cóż miało taką woń - zapytacie. Akurat byłem w trakcie mycia kibla i to Domestos miał taką woń.

[259] w poszukiwaniu momentów, gdy czuję się lekarzem: odcinek 1


Link 01.10.2013 :: 20:46 Komentuj (9)


Wyrobiłem sobie pieczątkę. Napis "lekarz" widniejący nad numerem prawa wykonywania zawodu, a pod moim nazwiskiem, uświadomił mi, iż shit just got real. Pielęgniarki mówią mi "doktorze", w kadrach mówią mi "doktorze", nawet w domu mówią mi "doktorze". Gówno umiem, wiem niewiele więcej, ale muszę jakoś sobie zasłużyć na to niezasłużone tytułowanie, także po dzisiejszym dniu wprowadzającym, jutro rozpoczynam podbój Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Czas zahartować się w bojach i zapoznać z realiami, bo za trzy tygodnie interna, a tam ponoć już Szkoła Lekarskiego Życia.

[260]


Link 25.10.2013 :: 19:50 Komentuj (3)


Pierwszy miesiąc w szpitalu prawie minął. Za mną m. in. dwa tygodnie na SORze. Działo się tam sporo, ale nie chce mi się pisać. Miło, że przechodzę powoli (ale skutecznie) z suchej teorii do praktyki. Nabrałem ogłady i większej praktyki w zakresie umiejętności wybitnie podstawowych, niekoniecznie lekarskich (sporządzanie kroplówek, wkłucia, zastrzyki). Coraz lepiej ogarniam EKG. Ktoś zapyta "Jak to? Lekarz dopiero ogarnia EKG po studiach?". Tak właśnie, dopiero po studiach bo: a) to jest zajebiście niełatwe, żeby celnie zinterpretować patologiczne EKG b) program studiów jest dupiaty c) tak po prostu jest - deal with it. Z uporem maniaka analizuję też każde zdjęcie rentgenowskie jakie dostanie się w moje ręce. Gdy tylko mogę, oglądam jak ktoś robi USG, jeśli jest okazja sam chwytam za głowicę. Słucham serc, słucham płuc i tego co mówią pacjenci też (żeby nie było).

Do szpitala, przychodzę na 7:25, wychodzę o 15:00, a około dwa razy w tygodniu o 20:00. Dojazd z mojej wiochy zajmuje mi godzinę w jedną stronę. Po powrocie do domu staram się jeszcze coś przeczytać, bo... "ars longa, vita brevis". W październiku wyjdzie mi ponad 200 godzin w pracy. Nie bardzo jest czas na cokolwiek innego, chyba że w weekendy. Zarabiam prawdopodobnie mniej niż portier, hehe, ale na razie uznaję, że wypłata jest adekwatna do umiejętności. Na razie.

Od czterech dni stażuję na Internie. Dzisiaj ku memu zaskoczeniu dostałem swoją salę. Tylko trzy panie, ale zanim ogarnąłem ich historię chorób, to trochę minęło. Dobrze byłoby gdybym musiał się skupić jedynie na ich chorobach, dalszej diagnostyce i leczeniu, ale prawda jest taka, że póki co, to nadzoruje ordynator, a ja muszę się skupić na nauce komputerowego systemu szpitalnego, papierologii, zwyczajów pracowych, tego gdzie i do kogo z jakim druczkiem. Bo dupa od internisty różni się tym, że zużywa mniej papieru.

Niedawno byłem też w Wiedniu na szybkie zwiedzanko i imprezkę. Pogoda dopisała, Wiedeń jest piękny i z kranu leci tam źródlana woda. Serio. Od tego czasu żyję myślą, że pojadę zrobić specjalizację do Niemiec tylko po to, aby zatrudnić się i zamieszkać potem w Wiedniu (gdzie po stażu specki raczej zrobić nie będę mógł). Biorąc pod uwagę jakie mam szanse w Polsce na zostanie radiologiem (póki co mój wiodący pomysł na przyszłość) i z drugiej strony to, jakie mam szanse na ofertę pracy w Nadrenii-Westfalii, może się okazać że germańska opcja zwycięży.

No ale to jeszcze nie teraz. Tyle na dzisiaj.



[261]


Link 25.11.2013 :: 22:48 Komentuj (4)


Nie mieszkamy, w skali globalnej, w jakimś strasznie zapuszczonym kraju. Może to wielu zaskoczy, ale posiadanie stale dostępnej, czystej, pitnej wody jest niezłym luksusem na tej planecie. Mamy też szpitale, apteki. Nie ma co narzekać. Nie ma co narzekać. Nie ma co narzekać.

Posrany ten kraj, ta Polska. Jak sto pięćdziesiąt.

Archiwum

2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009

Kategorie

Deutschland(9)
Współlokatorzy(6)
Poligon(1)

Linki

lucciola
swojanka
donpepego
kiszczaksattack
Blog o zakręcie
Mloda lekarka
Kliniczny blog
Ostry Dyżur
Adept Sztuki
Szpitalne Życie
Abnegat
Dochtor Jot
pobaw sie w House'a
Gary Weber, Ph. D.
TED
prof. Pluskiewicz
monik!
W Madrycie
gwiazdowski
moja zupa



Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl