:: agrest.ownlog.com

[poligon literacki - "Łąka Frajerów"]


Link 16.02.2012 :: 00:57 Komentuj (0)


  Oto jesteśmy. Stoimy na szczycie ogromnego wzgórza, z którego widać całe Cmentarzysko Spokojnych. Dlaczego ktoś nazwał tak te stepy? Ojciec mówił mi, że bitwy staczano tu od zawsze i było ich tyle co blizn na ciele mojego dziada (a wolne od nich było chyba tylko jedno oko), ale jedna bitwa była szczególna.
  Lat temu... zbyt wiele, żeby chciało mi się teraz liczyć, a w każdym razie na tyle dawno temu, że dziad mój był jeszcze zwykłym piechurem, nasze królestwo postanowiło zająć żyzne tereny na wschodzie. Ziemie te były domem dla przedziwnych plemion, których głównym zajęciem było siedzenie pod niebem i gapienie się w nicość. Nic nie wiadomo było o ich zdolnościach do walki, nikt nie widział pośród nich nikogo kto pełniłby funkcję płatnerza, w ogóle wyglądali jak gdyby jedli tylko pół miski ziaren dziennie, co chyba z resztą faktycznie miało miejsce. 
  Królestwo chciało objąć ich ziemie w posiadanie, więc starym zwyczajem posłali delegację, która łaskawie miała im oznajmić zamiary Królestwa wobec ich ślicznych przestrzeni, oraz ustalić termin walki. Przynajmniej od stu lat walki odbywały się na ziemi w głębi lądu - tej szczególnej ziemi która miała potem uzyskać swoją ponurą nazwę. 
  Delegacja musiała zmierzyć się z faktem, iż wschodnie plemiona nie posiadały żadnych struktur władzy. Stanęło na tym, że przemierzając wioski, po prostu ogłaszali wszem i wobec wszystkim napotkanym, że będzie bitwa i jeśli nie chcą masakry na swojej ziemi, powinni wysłać "reprezentację" na wskazane ziemie.  Liczyli na to, że wieść rozniesie się po wioskach jak gorączka krwotoczna. Jak miało okazać się później, raczej się udało.
  W dzień bitwy wojska Królestwa stanęły na wzgórzu, na tym samym na którym ja stoję teraz, a to co zobaczyli, było raczej intrygujące. Horyzont nadziany był ludźmi ze wschodnich wiosek. Byli wszyscy - mężczyźni, kobiety, dzieci, niscy, wysocy, potężni i wątli. Prastare zasady mówiły, że nikt nie może podlegać szczególnym wzgledom jeśli wejdzie na ustalony teren bitwy. Sytuacja była tym dziwniejsza, że nikt ze "wschodniaków" nie posiadał broni. Po co więc przyszli? Mogli się nie fatygować - jeśli na umówionej bitwie nikt się nie pojawi, wtedy przeciwnik z reguły wjeżdża na tereny, które chce podbić i robi tam co mu się żywnie podoba - chociaż raczej nie zdarzało się aby mordowano kobiety i dzieci, czy starców. A tak walka musi trwać do ostatniej krwi przeciwnika i nie ma zmiłowania.
  Wojska Królestwa były wtedy troche zdezorientowane. Dowódca przez dobrych parę chwil szukał jakiegoś wytłumaczenia, jakiegoś podstępu. Sokół, szef zwiadowców słynący z... sokolego wzroku zapewniał, że nic nie wskazuje na podstęp. Po chwili padł rozkaz, Królestwo przystąpiło do ataku. 

 Wojownicy gwałtownie wlali się pomiędzy wschodniaków jak lawina w las, wydając z siebie nieludzki okrzyk. Okrzyk ustąpił jednak szybko miejsca ciszy. Przeciwnicy siedzieli nieruchomo, niektórzy klęczeli, ze wzrokiem wtopionym w bezkres. Dziadek mówił, że podobnie jak inni wojownicy przez chwilę chodził zdziwiony pośród tłumu, wystawioną dłonią dotykając włosów klęczących. Przystanął przy kobiecie o ognistych włosach. Nagle gdzieś w środku tłumu ktoś krzyknął "teraz!" Zielone oczy dziewczyny wlepiły się w oczy dziadka, a ten poczuł w nich lód i ogień zarazem. Cofnął się, ale daleko nie uszedł bo dowódca wyraźnie zniecierpliwiony wyryczał: "Rżnąć, miejmy to za sobą". Dziadek do dziś wspomina krew w ognistych włosach, znikającą tak jak znika biały zając na tle styczniowych śniegów. 
  Nikt z przeciwników Królestwa nawet się nie ruszył, nawet nie pisnął. Wojownicy maszerowali przez tłum, tnąc tak, jakby torowali sobie drogę przez puszczę. Łąki wypełniał metaliczny dźwięk oręża i mokre śpiewy chlustających ciał. Po kilku chwilach było po wszystkim.

   Od tego czasu te łąki noszą nazwę Cmentarzyska Spokojnych. Chociaż młodzi mieli swoją nazwę - "Łąka Frajerów" - za używanie której można było od kogokolwiek ze starszyzny dostać otwartą dłonią po twarzy. 

  No i dziś stoimy na wzgórzu z widokiem na Łąkę Frajerów. Czekamy już długo, a z każdą chwilą zbliża sie zachód Słońca. Po zachodzie nie pozostanie nic innego jak wyprawić się do naszych adwersarzy i ukatrupić ich na miejscu. A szkoda by było, w końcu taka "ustawka" to o wiele bardziej cywilizowana forma rozwiązywania konfliktów. 
  Ciszę mącił jedynie wiatr i chrzęst ocierających się o siebie elementów zbroi. Psy, których zawsze mamy ze sobą kilka, nie szczekały. Bardzo dobrze, bo szczekać powinny dopiero wtedy gdy poczują wroga - taka, poza przegryzaniem tetnic, była ich naczelna funkcja. Przed nami wciaż nie było widać nikogo. Ciszę mącił wiatr, przyjemnie wiał nam prosto w twarz... no właśnie. W twarz.



Archiwum

2018
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009

Kategorie

Deutschland(9)
Współlokatorzy(6)
Poligon(1)

Linki

lucciola
swojanka
donpepego
kiszczaksattack
Blog o zakręcie
Mloda lekarka
Kliniczny blog
Ostry Dyżur
Adept Sztuki
Szpitalne Życie
Abnegat
Dochtor Jot
pobaw sie w House'a
Gary Weber, Ph. D.
TED
prof. Pluskiewicz
monik!
W Madrycie
gwiazdowski
moja zupa



Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl