:: agrest.ownlog.com

[221]


Link 26.08.2012 :: 00:57 Komentuj (1)


Polska się zmieniła. Pewnie bym tego nie zauważył, gdyby nie to, że jako dziecko spędzałem tyle czasu w Niemczech. Kiedyś była to dla mnie inna kraina. To tutaj były ogromne sklepy, kina IMAX, na ulicy mijało nas tak często Porsche, to tuaj były moje ulubione milsznitki ("Milch Schnitte" - u nas teraz "Mleczna Kanapka") i lepsze filmy w telewizji. Tutaj w TV puszczali najlepsze bajki, które u nas leciały raczej na kodowanym Canal+. 

Kiedyś będąc tutaj czułem, że jestem naprawdę "gdzieś indziej". Teraz już prawie nie mam tego uczucia. Cała niezwykłość wyparowała. Różnica się zatarła. W Polsce jest wszystko co jest tutaj, tylko mniej. 



[220] języki mi się plątają


Link 16.08.2012 :: 18:00 Komentuj (0)


Trafiła mi się ostatnio ciekawa pacjenta-pasażerka. Stewardesa, pochodząca z Kenii, która kiedy tylko nie pracuje mieszka w Dubaju. Jako, że ciekawy świata trochę jestem, wypytałem ją co nieco o Dubaj i usłyszałem coś, na co w sumie sam mógłbym wpaść - Dubaj jest bogaty i przepiękny, ale jak się tam mieszka na codzień to się człowiek przyzwyczaja i już tak tego nie przeżywa. Wychodzi na to, że faktycznie króliczka to się goni a nie łapie. Oczywiście jeśli tylko po gonitwie ma się widoki na jakiś zadowalający posiłek w domu, albo coś innego do pogłaskania.

Przy okazji rozmowy z przerażeniem zauważyłem, że mój mózg za dominujący język obcy obecnie uznaje niemiecki, a nie angielski (pani stewardesa nie mówiła nic po niemiecku). W rozmowie prowadzonej po angielsku dostawałem napadów niemiecko-angielskiej sałatki - musiałem bardzo uważać, bo gdy się rozpędziłem to używałem obu języków naraz w jednym zdaniu. Straszny bigos. Gdy zaczynałem pracę i trafił się anglojęzyczny pacjent, czułem się komfortowo. Teraz, chociaż angielskie słownictwo wciąż mam znacznie bogatsze, w rozmowie o dupie Maryni naturalniej przychodzi mi niemiecki. Mam nadzieje, że to tylko kwestia treningu, a nie tego, że moja głowa ma miejsce tylko na jeden język obcy w formie aktywnej. 

Z rzeczy językowych a śmiesznych - po pracy zmęczony okrutnie pracą samą w sobie, niewyspaniem i towarzyszącym upałem poszedłem do sklepu po zimny soczek z czerwonych pomarańczy (tutaj obleśne mlaskanie). Łeb mnie bolał, ledwo widziałem na oczy i troszku nie kontaktowałem. Pani przy kasie zapytała się mnie krótko, bo jednym słowem: "Kassenbon?", czyli czy chcę paragon. A ja bez namysłu głośno zapytałem "Co proszę?". Pani troche zdziwiona, ale obciąłem się szybko w jakim kraju jestem, podziękowałem ładnie i pożegnałem się we właściwy sposób. Także może mnie jeszcze obsłużą. Mam nadzieję, bo świeżo wyciskany soczek - zajebisty.

Przyszły tydzień będzie moim ostatnim w pracy, bo w ostatnim tygodniu sierpnia wykorzystam przysługujące mi 5 dni PŁATNEGO urlopu. W życiu nie dostałem jeszcze tyle kasy za siedzenie na dupie. Żyć nie umierać!


P.S. Muzycznie ostatnio kompletna sieczka - "El Camino" czyli najlepszy album (jak dotąd) blues-rock'owego The Black Keys, przeplatany z elektroniczno-ezoterycznym Caribou (album "Swim") i oczywiście Opeth, bez którego się ostatnio obejść nie mogę. "The Pain I See in Others" z płyty Deliverance rozwala wszystko jak młot pneumatyczny, potem przez chwilę czai się jak kot i cicho się skrada, a potem wchodzi podwójna stopa i tylko resztki rozumu powstrzymują mnie przed headbangingiem w niemieckim tramwaju. 



[216]


Link 09.08.2012 :: 23:42 Komentuj (5)


Dzisiaj łażąc po mieście po raz pierwszy podczas tegorocznego pobytu w Niemczech poczułem się zupełnie nieobco. To się chyba nazywa aklimatyzacja. Scalam się z otoczeniem, jak kropla mleka która wpada do kawy. Jest to o tyle istotne, że mogę tu przecież niedługo wylądować na parę ładnych lat. 

Die Qual der Wahl - to takie ładne określenie na cierpienie jakie wywołuje u nas ciężki wybór. Być moze będę musiał stanąć przed takim wyborem. Los obdarzył mnie łaskawie - rodzina zamieszkała w Niemczech, podstawowa znajomość języka na komunikatywnym poziomie podarowana praktycznie za darmo, dzięki ekspozycji na niemiecki gdy byłem dzieckiem. Dostałem się na studia, które umożliwią mi teoretycznie pracę gdziekolwiek gdzie są ludzie. Rynek pracy w Niemczech jest bardzo chłonny, przynajmniej jeśli chodzi o lekarzy. Nie będzie tak trudno podjąć decyzję o emigracji, jak trudno by być mogło.

I tak będzie trudno. Na razie to wciąż jeszcze takie pieprzenie w bambus, ale już za rok będę musiał sobie na serio postawić pytanie - co dalej?. Może się nie znam, ale sądzę że wbrew temu co można czasem usłyszeć, bycie lekarzem w Polsce to nie jest tragedia godna samobójczej śmierci przez wydrapanie sobie oczu aż do potylicy. Tym niemniej - różnica pomiędzy "tu" i "tam" jest naprawdę istotna.

Ale jak to mówią - nie bądź taki do przodu bo Cię z tyłu zabraknie.

Z innej beczki - mocno ostatnio zastanawiam się nad celem i sensem mojego blogowania. Kompletnie nie satysfakcjonuje mnie to co piszę i to jak to robię. Nie piszę tego oczywiście po to, żeby ktoś mi napisał jaki to fajny mój blogasek. Jeśli z czegoś co robię nie jestem zadowolony, to żadne zapewnienia że jest ok nic nie dają. Czytałem niedawno artykuł na NewScientist bodajże, mówiący o tym, że chęć wywnętrzania się na blogach, tweeterach i fejsbuku leży w naturze naszego mózgu, to jest w neurofizjologii. I to jest chyba jedyne wytłumaczenie dla faktu, że jeszcze w ogóle tutaj piszę. Czas chyba zamknąć ten etap, a w najlepszym przypadku czas zmienić formę.




[214]


Link 23.07.2012 :: 23:18 Komentuj (5)


Jeśli chodzi o zakupy, zachodnie Niemcy mają swoje Czechy - Holandię. W niedzielę sklepy w Niemczech są pozamykane, dlatego na koniec tygodnia Niemcy często wybierają się do holenderskiego Venlo. Obsługa mówi po niemiecku, napisy są głównie po niemiecku (wujek mówi, że w niedziele zmieniają na niemieckie z holenderskich), albo w dwóch językach. Może nie jest jakoś zaskakująco taniej, ale jednak. Poza tym jest spory wybór różnych rzeczy. Bardzo ciekawa jest natomiast kwestia cen kawy. W Polsce często kupujemy w sklepie Tchibo kawę "Crema" w ziarnach. Kilogram kosztuje jakoś 60zł. W Niemczech chyba 12 Euro. W Venlo w Holandii 9 Euro. Skąd taka różnica?  Lavazza Espresso - u nas w sklepie 120zł/kg, w Holandii niecałe 13 Euro. Jako miłośnik kawy jestem zbulwersowany cenami kawy w Polsce.

W Venlo zakupiłem sobie mięsko z krokodyla, które dzisiaj na kolację obsmażyłem w maśle po uprzednim delikatnym przyprawieniu. Smak nie był zaskakujący, bo zgodny z teorią ewolucji - coś pomiędzy kurczakiem i rybą, hehe. Karol Darwin się uśmiecha pod nosem. Na swoją kolej czekają jeszcze zapuszkowane małże w ziołach i kałamarnica w pomidorach. Małże już jadłem, ale kałamarnicy chyba jeszcze nie. Zgodnie z teorią ewolucji oczekuję czegoś pomiędzy krokodylem a pierwotną zupą.

W niedzielę gościłem u małżeństwa iście międzynarodowego. Żona - Polka która przeprowadziła się do Niemiec mając lat 'naście, potem mieszkająca dziesięć lat w Anglii. Mąż - Anglik z okolic Leeds, mówiacy po niemiecku (z typowo angielskim akcentem) pracujący obecnie w Holandii w Amerykańskiej firmie. Oboje rzyjechali niedawno do Niemiec, gdzie urodziła im się córeczka - obecnie niespełna dwuletnia. Mała rozumie po polsku (dziadkowie mówią do niej po polsku), niemiecku i angielsku. Na pytania odpowiada w takim języku w jakim akurat jej się podoba, czasem we wszystkich trzech jednocześnie.*/**

"Es gibt Heute toten Hosen" - powiedział Mitarbeiter dzisiaj. Myślałem, że jakiś koncert, ale przecież nie - sprawdzałem parę dni temu. Okazuje się, że "die toten Hosen", czyli "martwe spodnie" to określenie na impotenta, lub nudę (nasze "flaki z olejem"). Gdybym przeczytał artykuł na Wikipedii o niemieckiej kapeli wcześniej, to bym się nie dał zaskoczyć. 

Z szprechaniem chyba jednak coraz lepiej. Zaczynam ucinać krótkie pogawędki z pacjentami podczas transportu, coraz częściej udaje mi się sprawnie wyrazić swoje myśli za pomocą niemieckiego języka.

*
- Darling, where is your tea cup?
- Weg!
**
- Papa guck, konik!
- What is "konik" Schatz?




[213] doprawdy zajebista ciekawostka


Link 19.07.2012 :: 21:34 Komentuj (7)


Dzisiaj dowiedziałem się, że w niemieckim jest osobne określenie na wejście (normalnie - der Eingang) do którego trzeba wejść do góry (w praktyce - po schodach). Owe słowo to "der Aufgang". Niestety "der Untergang" oznacza juz zupełnie co innego (upadek, zagłada, albo zachód - jak zachód słońca). 

Dzięki wczorajszemu guglowaniu uświadomiłem dzisiaj mojego niemieckiego współpracownika Alexandra, skąd wzięło się słowo "die Kreißende" (po naszemu - położnica). Wspomniał wcześniej, że nie wie z czego to się wzięło i nie widzi związku położnicy z okręgiem (mało się wysilił, prawda?) - okrąg po niemiecku to "der Kreis". Okazuje się, że słowo dzieli pochodzenie ze słowem "kreischen" czyli krzyczeć/piszczeć. Alex śmiejąc się skomentował to mniej więcej tak - "przyjechał Polak do Niemiec i mi własną mowę tłumaczy".

Szefem transportu pacjentów jest przemiły gość o imieniu Ahmed. Nie wiem skąd jest, nie miałem okazji go jeszcze zapytać ale na pewno nie jest rodowitym niemcem. Powiedziano mi, że zrobili go szefem tylko dlatego że jest na górze listy (nazwisko zacyzna się na A), ale widać od razu że jest najrówniejszym gościem i bardzo się troszczy o to co robi. 

Poza tym w ekipie jest też urodzony w Niemczech Bośniak, Polak mieszkający od dziesiątego roku życia w Ratingen, dwóch wieczenie uśmiechniętych marokańczyków i mnóstwo innych kolorowych dosłownie i w przenośni ludzi. Z wyjątkiem Niemca imieniem Volker, od którego szarość bije nie tylko z fryzury i byłby cały w odcieniach szarości, ale ubranie służbowe ma wiecznie poplamione kawą. Ledwo cokolwiek mówi i chyba go wkurzam, ale przynajmniej się nie obija.

BTW - Zasiepisty cover:






[212]


Link 17.07.2012 :: 23:04 Komentuj (2)


Dwa pierwsze dni roboty mam za sobą. Praca w zasadzie prosta - jeżdżę zawsze z kimś bardziej doświadczonym po terenie kompleksu klinik, transportując pacjentów z punktu A do punktu B. Na szczęście nie muszę kierować "dostawczakiem". Na szczęście - bo uliczki są wąskie, a przy nich zaparkowane fury z najlepszego niemieckiego sortu, a ja nigdy taką krową nie jeździłem i nie chcę problemów.

Niestety brak płynnego posługiwania się językiem daje mi się we znaki. W kwestiach czysto pracowych dogaduje się  może nie w najlepszym stylu, ale bez większych nieporozumień. Niestety kiedy przychodzi czas przerwy, a niemieckojęzyczni zaczynają nawijać między sobą, używając mowy potocznej, idiomów i nie dbając specjalnie o wyraźną wymowę, często tracę wątek. Ciężko jest też spontanicznie zagadać do pacjenta albo do pielęgniarki, albo wydziergać jakiś szybki żarcik na boku. Dodatkowo jako żółtodziób jestem traktowany jak żółtodziób, co do spóły z brakiem wirtuozerii w rozmowie wywołuje we mnie pewne poczucie wyobcowania. 

Z innej beczki - po bliższym przyjrzeniu się powoli pokazują się rysy na monolicie niemieckiej precyzji i legendarnego porządku. W centrum kompleksu klinik wybudowali piękny budynek, który kosztował wiele milionów Euro. Ma się w nim mieścić okulistyka, ortopedia i kto wie co jeszcze. Problem w tym, że okazało się że architekt nie skonsultował dokładnie wszystkeigo z lekarzami, w wyniku czego sale operacyjne są za małe, korytarze za wąskie i generalnie słabo to wygląda. Budynek miał być oddany do użytku 2 lata temu (czy coś koło tego), ale do dziś stoi pusty.

Dzisiaj usłyszałem też, że lekarze wyjeżdżają z Niemiec do USA, bo za mało zarabiają. W głowie się nie mieści... no ale "ludzkie potrzeby są nieograniczone". Tak jak moja potrzeba snu. Dobranoc.



[211]


Link 10.07.2012 :: 21:24 Komentuj (7)


Fotosik darmowy hosting obrazków  Fotosik darmowy hosting obrazków 

Rozmowa z niemieckim szefem przebiegła gładko. Moim zadaniem będzie transportowanie pacjentów w obrębie kompleksu kliniki uniwersyteckiej, który jest naprawdę spory. Nie wiem jeszcze z jakimi przeciwnościami losu przyjdzie mi się zmierzyć w pracy sensu stricte, dlatego póki największym wyzwaniem będzie pokonanie biurokratycznej maszyny. Jak zwykle zanim będę mógł skupić się na tym co trzeba, muszę poodwiedzać troszkę "Amtów" (das Amt - urząd).

W Niemczech biurokracja nie jest wcale mniejsza niż w Polsce, ale zdecydowanie lepiej działa. Pracownicy instytucji są też przeważnie milsi niż u nas, miła była nawet pani z urzędu skarbowego o urodzie celniczki z NRD (wiem - dziwne porównanie) i groźnym nazwisku - na tabliczce przed nią widniało "Frau Metzger" (niem. "Pani Rzeźnik"). Niezbędne dokumenty póki co dostawałem od ręki, jeśli trzeba to przysyłają pocztą. Nie zapłaciłem jeszcze ani grosza za żadne zaświadczenie (tutaj mała dygresja - w Polsce musiałem kiedyś zapłacić za zaświadczenie o niezaleganiu z podatkiem od nieruchomości i koszt tego zaświadczenia równy był kilkunastu procentom tego podatku w skali roku). Póki co byłem w tutejszym urzędzie skarbowym, kasie chorych i czymś co możnaby przetłumaczyć jako Biuro Obywatelskie (Bürger Büro). W tym ostatnim dokonałem zameldowania, oczywiście od ręki, i dostałem "pakiet powitalny" (das Begrüßungspaket) a w nim różne broszurki i takie tam (fotki załączone). 

W centrum obsługi klienta tutejszego przewoźnika (Rheinbahn) sprzedano mi w poniedziałek zły bilet miesięczny, chociaż jestem pewien, że wyraźnie i zrozumiale powiedziałem czego potrzebuję. Dzisiaj podjechałem tam z powrotem, okazałem bilet, dostałem zwrot pieniędzy za które - po dołożeniu paru Euro - kupiłem właściwy. Chociaż w sumie myślę, że u nas by też tragedii nie było. Chyba.

Oczywiście nie chcę być bezkrytyczny, ale gołym okiem widać, że "społeczna gospodarka rynkowa" (której tak szczerze nienawidzę) i generalnie państwo funkcjonuje tutaj lepiej niż u nas. Gwoli sprawiedliwości dodam tylko, że nasz przewoźnik (KZKGOP) ma o dwa nieba lepszą stronę internetową i wyszukiwarkę połączeń niż Rheinbahn - to bez dwóch zdań. Nie wynika to wcale z mniej skomplikowanej struktury połączeń - chyba po prostu mamy pierońsko zdolnych i pomysłowych informatyków.

Mimo wszystko, nie czuje się tutaj tak dobrze jak w Polsce i nie jestem pewien czy to tylko kwestia przyzwyczajenia. Wolałbym w przyszłości jednak pracować w kraju... ale zobaczymy jak to będzie. Trochę jest tak, że gdy patrzę  wieczorem na Polskę przez okno polskich programów informacyjnych, to mi serce krwawi. Glina  potrzebna do ulepienia czegoś przyzwoitego jest dobrej jakości, a klasa rządząca się nią obrzuca przy okazji wzajemnych obelg. Czasem ktoś sobie ulepi jakiegoś Mercedesa. 



[210] ich bin Heinrich aus Oktoberfest


Link 07.07.2012 :: 22:51 Komentuj (8)


W poniedziałek rano mam coś na kształt rozmowy o pracę. Bardzo bym się cieszył gdyby "pykło", bo przecież zaplanowałem na te wakacje aktywny wypoczynek (czytaj: pracę). Poza tym trochę mnie już dupa boli od siedzenia z laptopem, kości mi się odwapniają, a mózg jakby wapnieje... dobrze że przynajmniej pompki robię i staram się niemieckiego douczać.

No właśnie, douczać. Zawsze tak cholera jest, że im bardziej się w coś zagłębiam, tym bardziej widze że gówno wiem, gówno widziałem, gówno umiem i wychodzi na to to że jedyne w czym jestem wykwalifikowany to w byciu gówniarzem (czyżbym odkrył etymologię słowa "gówniarz"?). Niemiecki jakkolwiek logiczny, prosty nie jest. W dodatku każde cholerne słowo ma chyba ze trzy garści synonimów, a niektóre zupełnie różne znaczeniowo słowa brzmią strasznie podobnie do siebie. Z rozumieniem, czyli tzw. bierną znajomością spoko, ale jeśli chodzi o mowę to dramat. Chociaż wymowę i akcent mam znośny, to prawie płaczę gdy się słucham, jak kluczę i szukam odpowiednich wyrażeń. Inna sprawa, że prawdopodobnie chcę powiedzieć za dużo i zbyt kwieciście (podobno po polsku miewam dosyć specyficzny sposób mówienia - przynajmniej dwie osoby tak twierdzą).

Wspomniana rozmowa będzie się odbywała oczywiście po niemiecku. Myślę, że moi przełożeni in spe widzieli i słyszeli gorsze przypadki - wszak obcokrajowców tu od groma - ale i tak trochę się denerwuję. No i co najgorsze, powinienem być freundlich, energievoll, lächelnd und megasupergeil, a kto mnie zna ten wie, że ja i owszem - tak, ale dopiero przy kimś kogo znam ze dwa lata, albo wyjątkowo mi przypadnie do gustu.

Dwa dni temu dowiedziałem się, że "fartuch" pochodzi z niemieckiego - vor + das Tuch, czyli taka chustka co się ją ma przed sobą. Taka "se" ciekawostka. 

Bis bald!

P.S.
"- Kochanie, może dzisiaj na jeźdźca?
- Jaki najeźdźca?!
- GERMAŃSKI, KURWA, OPRAWCA!!!" 
(nieśmiertelny pvek.org)



[209]


Link 04.07.2012 :: 13:44 Komentuj (7)


Kiedyś obczyzna bywała bardziej obca. Teraz chociaż jestem w Düsseldorfie, za oknem mam Lidla, w telewizji dziesiątki polskich kanałów telewizyjnych, w markecie "Rewe" półkę z Mieszanką Krakowską, Michałkami, Sałatką Sułtańską i innymi polskimi produktami. Ciekawe tylko, że półka opisana jest jako "Russische Spezialitäten", hehe (a nie ma tam ani jednego niepolskiego produktu). Może strzelę fotkę gdy znowu tam będę.

Jedynym questem póki co było kupno chleba i cebuli do gulaszu. Nie mam problemu w posługiwaniu się niemieckim na poziomie niezbędnym do podstawowej komunikacji, ale zawsze towarzyszy mi strach przed zbłaźnieniem się, albo przed użyciem jakiejś złej formy, która spowoduje że będę brzmiał jak jakiś gbur. Są to raczej nieco irracjonalne obawy, ale mam w sobie trochę perfekcjonisty i jeśli już coś robię, chciałbym to robić dobrze. Dlatego dużo dziękuję, ładnie się witam i generalnie w porównaniu z tym jak obcuję z ludźmi w Polsce, aspiruję do bycia kompletnym wazeliniarzem. Generalnie Niemcy (przynajmniej tutaj) to przemili ludzie - zawsze życzą miłego dnia, uśmiechają się, gdy rozkminią że przyleciałem niedawno zza granicy to życzą udanego pobytu. Wbrew temu co notorycznie słyszę w Polsce, w ustach autochtonów niemiecki wcale nie brzmi jak język oprawców, żadnych krwi nazistów, ani jak wada wymowy (niektórzy mówią - niemiecki to nie język, to wada wymowy mueheh). Nie jest na pewno tak fantazyjny jak francuski czy hiszpański, ale podejrzewam że przebija inne języki praktycznością i swego rodzaju... słowotwórczą logiką (cokolwiek mam na myśli...).

W sumie to szukam tutaj jakiejś roboty, ale żebym jakoś strasznie się starał... to póki co nie. Egzaminy mam za sobą, teraz zasługuję przede wszystkim na porządny relaks. 

P.S. Opera 12 jest tak do dupy, że ała. Jak mozna było tak dobrą przeglądarkę spipcyć to ja nie wiem. Lepsze naprawdę wrogiem dobrego w tym przypadku. Albo nawet dobre lepszym względem lepszego, które jest niedobre. Albo jakoś tak.



Archiwum

2018
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009

Kategorie

Deutschland(9)
Współlokatorzy(6)
Poligon(1)

Linki

lucciola
swojanka
donpepego
kiszczaksattack
Blog o zakręcie
Mloda lekarka
Kliniczny blog
Ostry Dyżur
Adept Sztuki
Szpitalne Życie
Abnegat
Dochtor Jot
pobaw sie w House'a
Gary Weber, Ph. D.
TED
prof. Pluskiewicz
monik!
W Madrycie
gwiazdowski
moja zupa



Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl